
Jeśli tak jak ja, wciąż o czymś marzysz, to zdaje się, że Twoja lista planów jest z roku na rok dłuższa i właściwie nic z niej nie ubywa. Przychodzi jednak taki dzień, że sięgasz na tę półkę z marzeniami i decydujesz: „dziś realizuję to”. I tak było z moim zamiarem zobaczenia tulipanowych pól w Holandii.
Jest kilka opcji zobaczenia tego prawdziwego festiwalu wiosny. Można polecieć samolotem i wykupić jedną z tysiąca wycieczek reklamowanych zaraz po zejściu z płyty lotniska. Można pojechać autobusem z biurem podróży z Polski (widziałam oferty wyjazdów trzydniowych, gdzie dwa dni spędzało się w autobusie, a środkowy dzień zostawał na zwiedzanie.
Ponieważ jednak poza ogrodami chciałam tam zobaczyć i kwitnące pola, i wiatraki o poranku, i sam Amsterdam, postanowiłam, że skorzystam z trzeciej opcji i pojadę tam na własną rękę. Zabukowałam nocleg (na portalu AIRBNB wynalazłam pojedynczy pokój u pewnej rodziny w miejscowości Purmerend kilkanaście kilometrów na północ od Amsterdamu.

Holandia jest krajem relatywnie drogim, a ponieważ miałam jeszcze całe mnóstwo planów na ten rok, wiedziałam, że będę oszczędzać, na czym tylko się da. Pokój nie kosztował wiele (na ten czas było to ok. 50 zł za noc). Zabrałam ze sobą mnóstwo prowiantu. Dogadałam się też z dwiema dziewczynami na BlaBlaCar, że je podwiozę z Polski do samego Amsterdamu, więc koszt benzyny był dzielony na trzy. Zostało mi jedynie kupno biletów do ogrodów i zostawienie rezerwy na nieprzewidziane wydatki.

Cały kraj w kwietniu rozkwita hiacyntami, narcyzami i tulipanami na dużych połaciach, i na dobrą sprawę już oglądanie tylko tego, co napotka się przy drogach, potrafi nakarmić człowieka estetycznie na trzy lata do przodu. Spokojnie zapuszczając się pomiędzy wioski i miasteczka człowiek zaczyna wątpić, czy w życiu zdarzyło mu się wcześniej widzieć aż tyle kolorów na raz. Warto zatrzymać się w dowolnej miejscowości i odwiedzić tulipanowe farmy. Gospodarstwa nie są ogrodzone i można śmiało spacerować drogami i miedzami. Przy kilku z nich zatrzymałam się i ja, skuszona stoiskiem oferującym słodkie wafle i kompot z rabarbaru.


Gdy już jednak napatrzyłam się i nawąchałam słodkich zapachów do woli, ruszyłam w kierunku ogrodów Keukenhof w Lisse. Bilet wstępu kupiłam jeszcze będąc w Polsce bezpośrednio ze strony gospodarstwa:
Oprócz biletu opłaciłam również parking i całe szczęście, bo w pobliżu ogrodów nie ma możliwości porzucenia auta gdzieś na poboczu. Droga dojazdowa jest wąziutka i dość zatłoczona. Gdyby komuś przyszło na myśl przycebulaczyć i oszczędzić na opłacie, zastanie po powrocie do samochodu wieeelki mandat za wycieraczką.


Z tego co widzę, bilet na chwilę obecną (2023) kosztuje dokładnie tyle samo, co wtedy, gdy ja zapuszczałam się w tamte tereny (2019). Trzeba się więc liczyć z kosztem 19 Euro od osoby + 6 Euro za samochód, co porównując z niektórymi polskimi atrakcjami wychodzi niezwykle atrakcyjnie. W cenie biletu dostaniecie plan ogrodu i gwarancję pozostawania w nieustającym zachwycie przez kilka następnych godzin.

Tradycyjnie byłam pod bramą ogrodu tak wcześnie, jak się dało. Była to Wielka Sobota, a więc dzień, gdy większość Holendrów spędza wolny dzień w terenie. Do tego trzeba było doliczyć wycieczki z Polski, Niemiec, Czech i Bóg jeden raczy wiedzieć, skąd jeszcze… Ogród jest jednak olbrzymi i jakoś się tłumy porozkładały po całej przestrzeni i nikt po sobie nie chodził. Jedynie przy stanowisku, w którym można było wsiąść na łódkę i popływać kanałami pomiędzy zakwitniętymi polami, utworzyła się kolejka. Po odczekaniu w niej kwadransa stwierdziłam, że nie wsiądę na pokład żadnej łódki przed siedemnastą. Zrezygnowałam więc z tej atrakcji. Weszłam jednak na wieżę widokową w starym wiatraku i stamtąd obejrzałam upajającą panoramę.


Schodziłam się w tych ogrodach straszliwie. Pokonałam wiele kilometrów. Przysiadałam na ławkach, wsłuchiwałam się w relaksujący szmer mieszaniny języków, wysłuchałam koncertu kataryniarza obsługującego monstrualnych rozmiarów katarynkę. Na koniec pooglądałam wnętrza przeszklonych namiotów oferujących cebulki i kwiaty do sprzedaży oraz zjadłam kubeczek mrożonego jogurtu ze świeżymi owocami (3 Euro – raczej średnio jak za jogurt, ale w takich okolicznościach szybko wybaczyłam sobie tę rozrzutność).



I tak oto zrealizowałam marzenie, które zanim do niego podeszłam, wydawało mi się tak odległe i tak bardzo niemożliwe do spełnienia. Teraz wiem, że nigdy nie należy tak myśleć!

Podsumowanie i rady dla Ciebie:
- Odważ się tam pojechać.
- Kup bilet do ogrodu choćby z niewielkim wyprzedzeniem.
- Jeśli chcesz popływać łódką wśród tulipanowych pól, zakup wcześniej bilet (10Euro) i od razu zarezerwuj godzinę, o której chcesz wsiąść na pokład łódki. Wtedy czas oczekiwania spędzisz oglądają kolorowe rabaty, a nie stojąc w kolejce.
- Opłać parking (jeśli jedziesz samochodem).
- Wybierz dzień z gwarantowaną pogodą.
- Naładuj baterie w aparacie i telefonie.
- Na wyjazd przyda Ci się plecak WISIMITO, Plecak POCOMITO lub nerka NIERUSZ. Odwiedź mój sklep:
https://froufrou.com.pl/sklep/


[…] W Holandii byłam tylko raz. Pojechałam tam w kwietniu, podczas Wielkiego Tygodnia. Moim głównym marzeniem związanym z tym wyjazdem były tulipanowa pola oraz kwitnące ogrody Keukenhof. […]
Saved as a favorite, I like your blog!