Zrobiłam tyle tras wokół Świdnicy, że z powodzeniem mógłby powstać na tej bazie „Rowerownik świdnicki” – rodzaj swoistego przewodnika, w którym zapewne kiedyś opiszę przebieg przebytych szlaków i tras, wraz z opisem głównych atrakcji, stopniem trudności oraz czasem przejazdu. Szanowne grono zaglądaczy, proszę nie podkraść mi tego pomysłu, bo będę walczyć o prawa do tytułu, jakby co… No!
Kolejami Dolnośląskimi do Bielawy Zachodniej
Pociąg tym razem odjeżdża ze świdnickiej stacji o 8,55 i już po pół godzinie melduje się na maleńkiej stacyjce w Bielawie Zachodniej. Jest też w tym mieście dworzec centralny, ale przy tej wielkości miejscowości nazwać dzielnicę „Bielawą Centralną” – to trzeba mieć niezłe poczucie humoru. Tak czy owak, wybieram dworzec zachodni, czyli ten dalej położony, aby mieć pretekst do przejechania przez całą mieścinę. W kościele Wniebowzięcia NMP, który zamierzam zobaczyć w środku, trwa właśnie msza, ale nie chcę chodzić po wnętrzu podczas jej trwania. Postanawiam więc wypić kawę w barze naprzeciwko, przed którym właściciel właśnie rozstawia krzesełka i stoliki. Kawa smakuje wyśmienicie.
W tym czasie msza się kończy i spokojnie można wchodzić i oglądać. Kościół jest neogotycki, neogotyckie ma też wszystko w środku. Nie mam dobrego zdania o tej epoce i nie należy ona do moich ulubionych, ale mimo to łudziłam się, że największy w mieście kościół być może kryje w sobie jakieś skarby. Ale nie… Wnętrze powielane, niecharakterne, jak w setkach podobnych kościołów w okolicy… Ja wiem, że dla innych celów kościoły są budowane. Wchodzę jednak do świątyń często z nadzieją na niepowtarzalny klimat, coś co mnie weźmie, poruszy do głębi, zapadnie w pamięć.
Opuszczam więc to miejsce i okrążywszy wcześniej bielawski rynek, zgodnie z drogowskazem, kieruję się w lewo w stronę Pieszyc. Droga jest płaska, szeroka. Po lewej ręce mijam piękne widoki na Góry Sowie. Po prawej kwitnące ogrody działkowe.
Niespodzianki w Pieszycach
Pieszyc w zasadzie nie znam zbyt dobrze. I tym razem też im nie mam zamiaru poświęcić zbyt wiele uwagi. Ten rowerowy spacer dedykuję wszak patrzeniu w zieleń, w pejzaże, oddychaniu rześkim powietrzem. Jednak mimowolne wśród drzew wyhaczam wzrokiem imponujący budynek. To pieszycki renesansowy pałac. Pięknie odnowiona budowla stoi jednak za płotem, który okazuje się barierą nie do przebycia. Stając na palcach i wspinając się tu i ówdzie na murki i kamienie, zauważam, że pałac rzeczywiście odznacza się cudną urodą. Panowie obsługujący stację benzynową, tuż nieopodal pałacu, nic o nim nie wiedzą. Wie za to przypadkowy przechodzień, że pałac jest obecnie w rękach prywatnych, a człowiek, który roztaczał opiekę nad budynkiem przez ostatnie parę lat, właśnie pożegnał się z tym światem, więc nie wiadomo, co to teraz z tym będzie. Zresztą może to tylko plotki.

Okrążam jednak pałac dookoła. Spotykam spacerującą dziewczynę, która mówi, że dobrze jest wjechać na górkę za pałacem oraz obejrzeć kościół i miejski park.
Zielony teren rzeczywiście jest piękny, zadbany, ładnie urządzony, z zabytkową kaplicą. Jem tam na ławce cały prowiant, który zabrałam do sakwy. Postanawiam też zawitać do kościoła, skoro dziewczyna tak namawiała. No i ten kościół to dopiero jest coś! Z zewnątrz budynek bardzo niepozorny, nie zwiastujący, że w środku ukrywa prawdziwe cuda: oryginalne późnogotyckie freski i przepiękne polichromie. I pomyśleć, że za takimi rzeczami gotowa jestem przejechać pół świata, a równie piękne mam zaraz pod nosem. Kościół jest pod wezwaniem św. Jakuba i stanowi chyba największe zaskoczenie tego wyjazdu.




Mój „rowerownik świdnicki” prowadzi mnie dalej
Długo jeszcze nie mogę się otrząsnąć po tym, co widzę, jednak droga wzywa. Postanawiam jeszcze raz przejechać przez uroczy miejski park i jechać dalej polną drogą, biegnącą równolegle do asfaltowej trasy kierującej się do Lutomii Dolnej. Jazda wśród pól okazuje się dobrym wyborem, bo skraje ścieżki porośnięte są niezwykle aromatycznym, rozgrzanym przez południowe słońce tymiankiem. Caaaałe połacie tymianku…
Odganiam łagodnie ręką pszczoły i wykradam im trochę tego pachnącego ziela. Zrywam dużo, tyle ile zmieści mi się do pudełka po prowiancie, a i tak na łące pozostaje wciąż jeszcze całkiem sporo. Wieczorem robię z tego syrop na kaszel. Będzie świetnym naturalnym lekarstwem na jesienne infekcje.
Wsiadam znowu na siodło i powoli docieram do Lutomii Dolnej. Mam chrapkę na zwiedzanie tamtejszego kościółka, zwłaszcza że wiem, iż też zawiera w sobie cuda. Ten jest jednak zamknięty już o tej porze.
Krótka chwila wahania
W Lutomii musze zdecydować, którą drogą dojechać do domu. Droga w lewo będzie szybsza i dobrze mi znana. Jechałam nią już dziesiątki razy. Gdy zdecyduję się jednak pojechać w prawo, napotkam Krzyżową, Mościsko i Mysłaków – a wszędzie tam całe morze atrakcji. Wybór więc się sam dokonał: ruszam na Mościsko.
W Mościsku oglądam z zewnątrz stareńki kościół i próbuję rozczytać stare epitafia. Po łacinie jednak wszystko, więc ruszam dalej, z rzeką Piławą po lewej ręce. Stare domy i kwitnące ogrody, domy i ogrody, domy i ogrody – taki rytm wybija mi moja trasa. Wkrótce dojeżdżam do punktu, od którego Mościsko wzięło swoją nazwę – czyli do starego, neogotyckiego mostu na rzece. Most jest ciekawy, lecz według znawców historii nie przedstawia zbyt wielkiej wartości. Mnie zaś nieodmiennie urzeka. Bardzo lubię się tu zatrzymać.


Zaraz za mostem skręcam w prawo i wąską, asfaltową drogą dojeżdżam do Grodziszcza. Mościsko i Grodziszcze to bardzo stare wsie, ale nieliczne ślady dawnej świetności można dziś wyławiać jedynie w szczątkowo przetrwałych dworach i budowlach.
Robię sobie kilka minut przerwy i łapczywie zajadam się słodkim lodem w przydrożnym sklepiku. Stamtąd już tylko kilka machnięć pedałami i wreszcie jestem w Krzyżowej.

Krzyżowa – miejsce pojednania
Droga do Krzyżowej wije się przyjemnie, meandrując wśród pól, które kwitną o tej porze obłędnie. Do wioski wjeżdżam w porze poobiedniej. Lubię ten pałac i folwark. Chwilkę zatrzymuję się przy fragmencie muru berlińskiego. Zamierzam też obejrzeć ziołowy ogród, który widziałam przed laty w pobliżu domu ogrodnika. Teraz jednak znajduje się w tym miejscu plenerowa wystawa, która urzeka mnie i wciąga na dobrą godzinę.


Ekspozycja jest multimedialna, nowocześnie zorganizowana, wielowymiarowa i przeogromna. Aby przeczytać i obejrzeć wszystkie zawarte tu treści, trzeba by przy niej spędzić całe popołudnie.




Wystawa nazywa się „Odwaga i pojednanie”. Wiele miejsca poświęca się tu najnowszej historii Polski, dochodzeniu do wolności, strajkom stoczniowców, „Solidarności”. Wojna i próby dochodzenia do porozumienia z Niemcami po wojnie, odbudowywania dobrych relacji – to kolejne ciekawe tematy. Wzruszyła mnie bardzo część poświęcona wypędzeniom Niemców z tych ziem oraz wielkiej wędrówce Polaków z terenów, które Polsce zabrano na wschodzie. To wszystko pokazuje, że wszyscy byliśmy przegrani w tej wojnie. Ech, gdyby tak mogły się tam odbywać lekcje historii dla szkół…
Kierunek: Makowice
Cienie zaczynają się wydłużać, znaczy, że zabawiłam na wystawie dłużej, niż się spodziewałam. A do domu jeszcze 10 km i w perspektywie Makowice, których przecież sobie nie odpuszczę.
Wioska ma w sobie wiele uroku i choć pobyt tam trzeba potem przypłacić ostrym, choc krótkim podjazdem pod spora górę, to nie mogę sobie przecież odmówić przyjemności odpoczynku w przypałacowym parku.
Dojeżdżam więc do centrum wioski, wtaczam rower na trawę za pałacem i wchodzę na romantyczny balkonik, który popularny jest wśród nowożeńców, którzy ulubili sobie ten kącik na ślubne sesje fotograficzne. Gapię się chwilę na staw, który jest rozkumkany i rozkwitnięty kosaćcami. Naprawdę się tym nowożeńcom nie dziwię…


Postanawiam też obejść dookoła starutki, średniowieczny kościółek, który zawsze mnie ciekawi ze względu na swoją nietypową dla tych terenów formę. Zbudowany jest na planie greckiego krzyża i otoczony jest kamiennym murem. Niestety zajrzeć do środka można tylko przez żelazną kratę. Dobre i to…
Na odchodne omiatam jeszcze wzrokiem zabudowania dawnego folwarku z łukowymi podcieniami, które również trudno spotkać w innych wioskach. Bardzo to wszystko ciekawe.
Ostatni etap
Wsiadam na rower i po kilkuset metrach jednak zsiadam. Pod górkę muszę pojazd podprowadzić. Nie te lata już…
Do świdnickiego centrum pozostają mi raptem ostatnie kilometry. Docieram tam około szóstej po południu. To jest naprawdę fajny, udany, pełen wrażeń dzień.
Podsumowanie dzisiejszego rowerownika

Podczas wycieczki pokonuję nieco ponad 38 km. Z mapy wynika, że jest ich 32, ale schemat nie zalicza, że kręcę się po Bielawie i dwukrotnie zataczam pętlę po parku w Pieszycach.
Trasa jest łatwa i łagodna, bez większych podjazdów. Jedyny wysiłek zauważalny jest przy wyjeździe z Krzyżowej w kierunku Makowa (nową drogą asfaltową) oraz przy wyjeździe z Makowic w kierunku Świdnicy. I w zasadzie tylko w tych dwóch miejscach muszę rower podprowadzić. Kiedyś podjeżdżałam, ale teraz „zupa” zrobiła się za ciężka, albo po prostu brak mi częstszych treningów…
Gdyby jechać bez większych postojów i zwiedzania, można by trasę pokonać w trzy godziny. Mi to jednak rozciąga się na cały dzień. Nie żałuję jednak żadnej chwili – ani prowiantu jedzonego w parku, ani tymianku zbieranego w polach. O czytaniu wystawy nie wspominając. Trasa obfituje w widoki i zapachy. Dużo natury, sporo zabytków. Cudowne wyważenie jak dla mnie…
To już wszystko z tej wyprawy. Może uda mi się namówić Cię na powtórzenie wycieczki moim śladem, albo do poczytania o innych moich trasach w naszym regionie.
