Marzy Ci się obejrzeć te wszystkie piękne miejsca na świecie, które znasz z przewodników i filmów podróżniczych, ale przeraża Cię ta ilość ludzi, która na pewno też tam się wybiera? A co, gdybym Ci powiedziała, że są sposoby, aby odwiedzić te miejsca bez tłumów. Przy odpowiednim planowaniu dopniesz swego i plac świętego Marka w Wenecji albo ociekający złotem rynek w Brukseli może być Twój. Tylko Twój lub prawie tylko Twój. Bo oprócz Ciebie będą tam tylko nieliczni, którzy również spragnieni są tego widoku, ale nadmiar bodźców, hałasów i poszturchiwanie ich nudzi lub irytuje. Jest coś cudownego w odgłosach, zapachach i chłodzie miasta, które się dopiero budzi lub właśnie zasypia. Pozwól, że Ci przedstawię moje sposoby, które spowodowały, że znalazłam się w odpowiednich miejscach i w najlepszym na to czasie.
Bezludny Most Karola
Jeśli byłaś w Pradze z wycieczką, lub nawet organizując tam indywidualny wypad, ale odwiedziłaś centrum miasta w południe, najpewniej musiałaś przeciskać się między ludźmi, aby dotknąć choć przez moment świętego Jana Nepomucena. I gdy tylko udało Ci się sięgnąć dłonią wygładzonej płaskorzeźby (co, jak wiadomo, przynosi szczęście), zaraz poczułaś na plecach napierający tłum chcący zrobić dokładnie to, co Ty. Potok ludzi przechadzających się po Moście Karola wydaje się nie słabnąć ani na sekundę. Są jednak godziny, kiedy możesz zastać to miejsce prawie zupełnie puste.

Z moim wyjazdem do Pragi było tak, że ja chciałam się sprawdzić. Byłam już w tym mieście wcześniej parokrotnie, ale pewnego roku zapragnęłam zwiedzić je na własnych warunkach. Słyszałam wiele opinii na temat trudów poruszania się samochodem po jego centrum. Uznałam więc, że marzec, a więc miesiąc przed szczytem sezonu turystycznego, będzie dobrym momentem, aby się trochę w samotnej jeździe zahartować.
Jest więc druga połowa marca. Na wycieczkę wyjeżdżam w piątek wieczorem. Wykupuję na AirBNB pokój u pewnego Tomasa w dziewiątej dzielnicy (to dość daleko od centrum). W sobotę rano budzę się tuż po piątej. Szybki prysznic, śniadanie, prowiant na całodniowe spacerowanie… I gdy tylko zaczyna świtać ruszam w kierunku przystanku tramwajowego, który wskazał mi dzień wcześniej mój gospodarz. Wyposażona w jego bilet miesięczny, czuję się bezpieczna i zaopiekowana, jeśli chodzi o używanie środków komunikacji masowej wszelkiego typu.
W centrum jestem dokładnie o siódmej. Wtedy też robię to zdjęcie całkowicie pustego mostu. Mam dość czasu, aby przyjrzeć się kolejnym posągom, pogładzić Nepomucena i pospacerować trochę uliczkami wokół, w kierunku Malej Strany. Ponownie na most wkraczam godzinę później. Przybyło trochę ludzi. Słońce zaczyna grzać intensywniej. Pary młode, które chcą sobie zrobić sesję ślubną, ochoczo zrzucają z ramion ciepłe płaszcze.

Jest wciąż na tyle wcześnie, że udaje mi się dotrzeć na punkt widokowy na Letenskich Sadach, z których robi się owo słynne ujęcie Wełtawy z kilkoma mostami. Zaraz potem przechodzę na Hradczany, gdzie właśnie udostępniają do zwiedzania Złotą Uliczkę oraz katedrę św. Wita. Naprawdę cudownie jest mieć wrażenie, że drzwi do obiektów otwierają się właśnie przed Tobą.
Amsterdam – miasto, które nie śpi
No chyba, że jest to pora pomiędzy piątą a siódmą rano.
To moja pierwsza wizyta w Holandii. Jest kwiecień, trwa właśnie Wielki tydzień. Moim głównym marzeniem związanym z tym wyjazdem są tulipanowe pola oraz kwitnące ogrody Keukenhof.
Wykupuję tani pokój w domu pewnej sympatycznej rodziny w Purmerend. Wiem, że nocowanie w Amsterdamie nie mieści mi się w przyjętym budżecie, ale w niewielkiej miejscowości nieopodal – czemu nie? Wypytuję goszczącej mnie rodziny, w jaki sposób mam się dostać do Amsterdamu i o jakiej najwcześniejszej porze będzie to możliwe. Mówią, że muszę skorzystać najpierw z autobusu, a potem z pociągu. Godzinę gapienia się przez szybę daje mi ogląd na ten odmienny od naszego krajobraz. Chłodne powietrze podnosi mgły nad polderami, a miękkie światło w „złotej godzinie” rzeczywiście oświetla wszystko na złoto.

Mój pociąg dojeżdża do Amsterdamu tuż po siódmej. Ponieważ moja kwatera nie przewiduje dostępu do kuchni, śniadanie zjadam z jednym ze śniadaniowych barów, jakich pełno jest w tym mieście. Na ulicach starówki jestem jako jedna z nielicznych. Razem ze mną są tu tylko ludzie uprawiający poranny jogging, panie wyprowadzające na poranne siku swoje pieski, a także restauratorzy i kelnerzy, którzy sprzątają teren kawiarnianych ogródków po imprezach poprzedniego dnia i przygotowują arenę na kolejną zabawę.

Pusty Amsterdam mnie kompletnie wchłania. Ruch samochodowy w centrum jest śladowy. Nie słychać więc szumu silników. Do uszu nie docierają na razie dzwonki rowerów. (Dzwonienie rowerzystów to dźwięk, który będzie do końca życia kojarzył mi się z tym miastem, jednak ten pojawia się dopiero później i gęstnieje z każdą godziną). Mój poranny spacer odbywa się za to przy gruchaniu gołębi i dźwiękach wypuszczanej gwałtownie pary z automatów do kawy w kolejnych kafejkach. Mijani ludzie kłaniają mi się uśmiechniętym „Goedemorgen”. Chyba nie biorą mnie za turystkę. Mało tu turystów o tej porze.

Ulice do dziesiątej wciąż są niemal puste. Zdążam obejść chińską dzielnicę i pospacerować wzdłuż kanałów. Patrzę, jak budzi się życie na przycumowanych tam na stałe barkach. Wchodzę też do kościoła w dzielnicy czerwonych latarni, o którym w swoich książkach rozpisywał się mój ukochany John Irving. Następnie powoli przemieszczam się pod Rijksmuseum, gdzie zamierzam obejrzeć Van Gogha i Rembrandta. Gdy opuszczam gmach muzeum, jest już dobrze po południu i ledwo rozpoznaję ulice, którymi przechadzałam się kilka godzin wcześniej. Tłum jest już gęsty i uciążliwy. Wypełniają się też wszystkie witryny w czerwonej dzielnicy.
Bruksela bez tłumów
Zimą zwykle nie podróżuję tak intensywnie, jak w pozostałych porach roku. Jednak jeśli pojawia się okazja pojechania w ciekawe miejsca zaledwie za kilkadziesiąt złotych (bilet w obie strony kupiłam za 80 zł), to trudno jest sobie odmówić takiej przyjemności.
Mija właśnie połowa lutego i na stronie Flixbusa pojawia się promocja. Można pojechać do Brukseli, pod tym jednak warunkiem, że podróż odbędzie się jednej nocy jedna stronę, a kolejnej nocy z powrotem. Ponieważ wyrobiłam w sobie umiejętność spania w każdych warunkach, stwierdzam, że ta propozycja bardzo mi się podoba. W Brukseli (i w ogóle w Belgii) nie byłam jeszcze nigdy wcześniej. To ma być pierwszy raz.
Decyzję muszę podjąć szybko – niemal z dnia na dzień. Czasu wystarcza mi tylko na zorganizowanie prowiantu, spakowanie podręcznego bagażu oraz wykupienie polisy turystycznej. W autobus wsiadam we Wrocławiu w sobotnie popołudnie. Gdy wysiadam z autobusu na pewnym mało przyjemnym dworcu w stolicy Unii europejskiej, jest szósta rano w niedzielę. Zaskakującym doświadczeniem okazuje się niemożność porozumienia się z ludźmi po niemiecku. Po angielsku wcale nie jest dużo łatwiej. Nie wiem jak to się stało, ale zupełnie mojej uwadze umknął fakt, że na obrzeżach miasta mieszkańcy mogą chcieć mówić tylko po francusku. Wszak to jest tam obowiązujący i najpowszechniejszy język.

Do centrum miasta dostaję się metrem. W tym bajecznym, ociekającym złotem rynku jestem znowu niemal sama. Słońce właśnie zaczyna oświecać te uginające się od zdobień elewacje i wszystko wydaje się jeszcze bardziej złote. Ponieważ jest lutowy, chłodny poranek, na przywitanie funduję sobie gorącą aromatyczną kawę w kawiarni, która właśnie otwiera swój ogródek dla turystów i mieszkańców. W gratisie dostaję czekoladę z polską flagą i papierową mapkę z zaznaczoną optymalną trasą, pozwalającą zobaczyć mi najważniejsze atrakcje. Na odwrocie mapki widzę reklamę pewnej bardzo znanej, dwupiętrowej, olbrzymiej i niesamowicie pięknej księgarni mieszczącej się w galerii Św. Huberta. Skuszona ulotką postanawiam się tam wybrać i odnajduję wielki regał z książkami Wisławy Szymborskiej, oraz kolejny poświęcony Oldze Tokarczuk. Miło…

Bez naporu tłumów udaje mi się jeszcze przekonać na własne oczy, jak niepozornych rozmiarów jest Manneken pis, czyli siusiający chłopczyk – znana brukselska fontanna. Zaraz potem idę w kierunku katedry, gdzie zachwycają mnie przecudnej urody witraże. Ponieważ trwa weekend, zupełne pustki zastaję pod gmaszyskiem Parlamentu Europejskiego. Tłumnie jest za to w okolicy Atomium. Gdy na trzy godziny przed odjazdem mojego autobusu wracam na starówkę, wszędzie są już nieprzebrane masy ludzi. Bruksela pełna jest turystów zapewne o każdej porze roku.
Wenecja – cała tylko dla mnie
Nauczona doświadczeniem, że spędzając noce w autobusie mogę przemierzać w ten sposób Europę, znajduję kolejny kurs autobusowy (również na strona Flixbusa) – jednak tym razem do Wenecji. Jest końcówka lutego. Wenecki karnawał trwa w najlepsze. Bilety w opcji last minute można było upolować naprawdę za niewielkie pieniądze.
Zobaczyć karnawał w Wenecji było moim marzeniem od lat. Oglądałam dziesiątki ofert. Kombinowałam z noclegami. Wszystko wydawało mi się horrendalnie drogie. Zwykle, gdy jadę w okolice Wenecji i potrzebuję niedrogiego noclegu, kupuję namiot u któregoś z tour-operatorów na campingu w Punta Sabioni, skąd do Wenecji dostaję się potem wodnym tramwajem. Jednak wenecki karnawał odbywa się zimą. W zimie campingi nie działają. Możliwość podróżowania autobusem, z dwoma noclegami na jego pokładach, okazuje się znowu być fajną opcją.
Startuje znowu z Wrocławia, tym razem mam jednak przesiadkę w Katowicach. Flixbus dojeżdża do Mestre o piątej. Stamtąd pociągiem przemieszczam się do Wenecji i krótko przed siódmą jestem na puściuteńkim placu Świętego Marka. Właśnie zaczynają się schodzić artyści i przebierańcy. Swoje statywy zaczynają rozstawiać pierwsi fotografowie. Przestrzeń jest wielka, a ludzi naprawdę można by zliczyć na palcach. Niebywałej urody budynki, pośród których przechadzają się przyodziani w przebogate stroje uczestnicy karnawału – ten widok nie wyparuje mi z głowy już chyba nigdy.


Snuję się uliczkami całe godziny. Robię setki zdjęć. Od kolorów, masek i kostiumów można dostać oczopląsu. Około południa, gdy na głównych placach zaczynają schodzić się wycieczki, robi się coraz bardziej tłoczno i hałaśliwie. Uciekam wtedy w bok, przysiadam przy kawiarnianym stoliku i zamawiam kawę. Uliczny śpiewak wykonuje tradycyjne arie włoskich oper – wychodzi mu to lekko, z nowoczesnym zacięciem. Lutowe słońce we Włoszech jest już całkiem intensywne. Grzeje mi prosto w plecy. Kawa smakuje obłędnie. Zamykam oczy i myślę, że właśnie chyba niczego więcej nie oczekuję od życia. Że mam wszystko. Błogi stan…
Serwuję sobie jeszcze tego dnia wizytę w księgarni Alta Acqua, która zostaje zupełnie pomijana tego dnia przez turystów (bo przecież w mieście rządzi karnawał). Chodzę więc sobie po księgarni, w której książki umieszczone są w łodziach, z książek zbudowane są mury i schody. W pewnym momencie otwierają się drzwi sklepu i wchodzi kilkoro artystów. Ja to jestem jednak w czepku urodzona. Cała sesja odbywa się tylko dla obsługi księgarni i… dla mnie.

Na chwilę zabiorę Cię raz jeszcze do Holandii
Ja wiem, że pewne rzeczy być może są obciachowe i że prawdziwi Holendrzy tam nie jeżdżą… Ale ja bardzo chciałam zobaczyć wiatraki w Zaanse Schans. Zupełnie mi nie przeszkadza, że porównywane są z naszymi Krupówkami. Wiem, że miejsce to jest zwykle zatłoczone do maksimum, parking zastawiony samochodami do ostatniego miejsca, a uliczka, przy której znajdują się liczne sklepiki z pamiątkami, rozbrzmiewa dziesiątkami języków. O tej porze jednak uliczka jeszcze świeci pustkami, a żaden z kramów nie jest czynny.

Aby dojechać do tego miejsca i zdążyć tam przed wszystkimi, postanawiam wstać o piątej rano. Z Purmerend mam do przejechania zaledwie 13 km. Wsiadam w auto i groblami wzdłuż kanałów zaczynam bez pośpiechu przesuwać się w ustalonym kierunku. Jazda jest powolna, bo znowu zachwycają mnie wstające mgły. Tym razem jednak mam okazję zatrzymać się w dowolnym miejscu i nakarmić oczy do woli.

Zamknięte szlabany olbrzymiego parkingu sygnalizują, że jeszcze nie pora. Przejeżdżam więc kilkaset metrów dalej i parkuję w miejscowości Zaandijk. Niewiele tu miejsca dla samochodów spoza miasteczka, ale znajduję puste stanowisko tuż pod maleńką piekarnią. Ponieważ, pomimo wczesnej pory, przy stolikach wewnątrz lokalu siedzi już kilkoro Holendrów, postanawiam też tam wejść i kupić bułkę na przekąskę. O kawie jeszcze nawet nie zdążyłam pomyśleć, gdy z dwóch stron posypały się pytania „skąd jestem”, „co tu robię tak wcześnie” itd. Zanim zdążyłam odpowiedzieć na wszystkie kwestie zaciekawionych tubylców, już siedziałam z nimi przy stoliku, a pani ekspedientka niosła mi zafundowaną mi przez kogoś filiżankę mocnego naparu i podgrzaną bułkę, za którą zapłaciłam sama. Rozmowa była pogodna i życzliwa. Dowiedziałam się z niej, na co mam zwrócić uwagę, będąc w skansenie i które miasteczka w okolicy warto odwiedzić.

Żegnam się z ludźmi po godzinie, uzgadniam z obsługą, że mogę zostawić samochód pod piekarnią i pieszo wyruszam mostem przerzuconym przez szeroki kanał do wyczekiwanego skansenu. Słońce jest już na tyle wysoko, że półmrok przestał być niepokojący, ale wciąż daje miękkie światło i długie cienie.
Mijam zamknięte jeszcze kasy obiektu. Zwiedzanie odbędzie się więc za friko. Przyjemnie rozgrzewa mnie ta myśl. W skansenie jestem tylko ja i jeszcze jeden fotograf polujący na wszystkie te najbardziej urzekające kadry. Sielanka trwa blisko dwie godziny. Około dziewiątej otwierają się szlabany parkingu i na plac wtaczają się pierwsze autobusy. W moment roi się od Japończyków. Drugą falę tworzą Niemcy. Nagle robi się znowu tłocznie i hałaśliwie. Wracam więc na drugą stronę kanału i podziękowawszy za możliwość parkowania obsłudze piekarni, uciekam nad morze północne.
Podsumowując:
- Jeśli podróżujesz w sposób zorganizowany, np. z wycieczką autokarową, dotrzeć do takich miejsc poza szczytowymi godzinami pewnie będzie Ci trudno. Jednak być może przekonasz się, aby odwiedzić niektóre atrakcje na własną rękę. Wtedy odpowiednio to aranżując, możesz mieć ten luksus oglądania atrakcji bez tłumów.
- Mam cała listę miejsc, które chciałabym odwiedzić. Stale aktualizuję (tzn. wydłużam) ten wykaz. Każdą nadarzającą się okazję wyjazdu przyjmuję z otwartymi ramionami, nawet jeśli pojawiają się one znienacka. Jeśli odpowiednio się nastroisz, też będziesz wyławiać takie okazje – tańsze bilety, propozycje współuczestniczenia w cudzej podróży, itd.
- Zdaję sobie sprawę z niedogodności i niekomfortowych warunków podróży. Kilkunastogodzinną jazdę autobusem trudno uznać za luksus, zwykle jednak to, co zastaję na miejscu, szybko mi rekompensuje wszystkie niewygody. Ciekawi mnie, czy Ty też odnalazłabyś się w takim sposobie podróżowania.
- Wstawanie wczesnym rankiem nie dla każdego jest do zaakceptowania. Oczywiście można wszystko to zobaczyć w bardziej popularnych porach. Ja jednak lubię odkrywanie miejsc, gdy nie muszę z nikim rywalizować o miejsce. Ma to oczywiście tę wadę, że część obiektów będzie jeszcze nieczynna i będzie je można oglądać jedynie z zewnątrz. Tak bywa…
Dziękuję Ci, że dotarłaś aż d tego miejsca. Będzie mi miło, jeśli poczytasz o innych moich wyjazdach.
A może odnajdziesz ciekawe inspiracje na moim profilu na FB.
.
