Inspiracje października

„Patrzę sobie, myślę sobie
O! Zdziwiony takim swoim dziś obliczem
Myślę sobie, to jak ja już sobie myślę
To ja zrobię coś dla siebie

Sobie zrobię
Żeby tak nie październiczeć

I na przekór otumanom mgieł jesiennych
I wbrew temu tu całemu liściatemu przedsięwzięciu

Myślę sobie, to napiszę ja piosenkę
I napiszę ja piosenkę o? O szczęściu”

Tak pisał Andrzej Poniedzielski w „Piosence o szczęściu„. I choć Poniedzielskiego lubię bardzo od czasów mojej wczesnej młodości, co już było trzy i pół dekady temu, to jednak w przciwieństwie do niego ja lubię październiczeć i się wcale przed tym nie bronię. Bo dla mnie to nie jest tak, że jesień (i choćby była to jesień życia) leży na przeciwległym końcu świata do szczęścia. Nie ma tak, że z jednej strony jesień, a z drugiej strony szczęście. U mnie jak w koktajlu – wszystko zmiksowane.

Inspiracje października

Ale skoro już jesteśmy przy październiczeniu (swoją drogą fajne słowo, prawda? Trochę takie kanciaste, a mimo to ciepłe), to czas na październikowe inspiracje.

INSPIRACJA: podróżnicze miejsce w necie

Inspiracja jest tylko trochę podróżnicza, bo zabieram Cię dziś niedaleko… na Górny Śląsk. Tam, w scenerii walcowni, odlewni, starej papierni i Bóg wie jeszcze jakich, fabrycznych albo magazynowych, zapomnianych hal, odbywają się ludzkie dramaty. Dramaty udawane, przebierane i okadzone papierosowym dymem. Atmosfera jak z lat dwudziestych i trzydziestych ubiegłego stulecia. Porachunki gangów, gorliwe romanse, afery szemranej finansjery, a nad tym wszystkim czuwa i zaciera ręce sam Al Capone albo inny mafiozo w garniturze i oxfordach.

PIYKNE BINDRY nazywa sie ten projekt i stoi za nim grupka zapaleńców fotografii, filmu, choreografii i kostiumów. Aż się wierzyć nie chce, że towarzystwo spotkało się przypadkiem i odtąd prą tak konsekwentnie, aby tę pasję karmić i dać jej pięknie rozkwitać. Czadersko, prawda?

Gdy to odkryłam, Piykne Bindry zajumały mi cały wieczór, który spędziłam na oglądaniu tych wszystkich fotografii i krótkich filmików. Chłonę każdy detal, każdą wiązkę światła i każde zagięcie w tkaninie, jakie tam się pojawia. Może i Ciebie też wciągnie ten temat. Wierzę, że tak.

Uwaga: teraz pokazuję tylko kilka kadrów zaciągniętych z profilu tej grupy, zaś link do profilu Piykne Bindry na końcu artykułu.

INSPIRACJA: książka

Babcia mówiła: „zanim weźmiesz go sobie za męża, zobacz, jaki stos drewna jest w stanie zbudować ten mężczyzna”. Nie była to moja babcia, a jedynie jakaś tam randomowa babcia w Norwegii, która swojej wnuczce – również randomowej, w tej samej Norwegii – wykładała prawdy o życiu.

A wyczytałam o tym w książce, którą wygrałam w konkursie w radiowej Trójce, w czasach, gdy jeszcze Trójka towarzyszyła mi od rana do nocy. Książka ma tytuł „Porąb i spal. Wszystko co mężczyzna musi wiedzieć o drewnia”. I choć nie jestem mężczyzną, to o drewnie wiem już całkiem sporo – i to nie tylko z kart książki, ale tak w ogóle. Również dlatego, że teraz mieszkam w prawie-lesie. Mój prawie-las dostarcza mi wiedzy i doznań, ale też i ciekawych doświadczeń.

A książka prawi o surowym prostym życiu równolegle do pogody i pór roku, o zachowaniach ludzkich warunkowanych przez naturę i o naszej zależności od środowiska, które wybieramy sobie do życia. Jest też sporo o siekierach, rusztach i piecach, o kaloryczności i suszeniu drewna. Bardzo dużo o drzewnych stosach, drewutniach i mężczyznach.

Okładka jest skromna i spłowiała, ale takie też jest opowiadane w niej życie – bez kolorowych, tęczowych, słodko-pierdzących historyjek o miłości na krawędzi fiordów. Choć to przecież Norwegia, więc aż by się prosiło… Ale nie, tu jest zapach tarcicy i trzaskanie iskier w piecu. Ciepła opowieść w sam raz na chłodne wieczory. Bardzo polecam na paździenik i późną jesień w ogóle.

INSPIRACJA: film

Wojny są bez sensu. Każda jedna wojna jest pozbawiona najdrobniejszego sensiku. Nie ma wyjątków. I jakkolwiek by nam tego nie sprzedawali, że kogo to niby powinniśmy wspierać i czyją stronę trzymać, to jedyne co powinniśmy naprawdę, to wymuszać na władzach, aby zasiadali do rozmów pokojowych, a nie do zjednywania kolejnych krajów i ich rządów do wysyłania coraz to nowych rakiet i systemów szpiegujących. Takie jest moje zdanie.

Ten krwawy rachunek każdej wojny w postaci nazwisk młodych chłopaków, czasem nawet nastoletnich, można czytać na pomnikach wojennych w każdej dolnośląskiej miejscowości i na nagrobkach żołnierzy wszystkich możliwych formacji w podlaskich wioseczkach. A ponieważ sama w tym roku straciłam syna, osobiście czuję ból tych wszystkich matek, sióstr i rodzin w ogóle, których dzieci były na te wojny wysyłane. I dalej twierdzę, że nie ma w tym żadnego sensu. Żadna intencja nie usprawiedliwia tego, co się wyrządza tym dzieciakom.

Tomasza Bagińskiego znam od czasów, gdy zrobiło się o nim głośno po emisji w mediach jego „Katedry”. Wszycy o nim usłyszeli wtedy, prawda? Ale nie o „Katedrze” dziś będzie, a o „Sztuce spadania”. I choć wiem, że pewnie się nie znam na wojnach ani na wielkiej globalnej polityce, to z perspektywy matczynego serca i z poziomu mojego stołu w niewiele znaczącym domu pod lasem, tak właśnie wygląda wysyłanie na wojnę chłopaków. Tym skutkuje – jak to pokazane na tym krótkim filmie.

A na zakończenie…

… na zakończenie obiecane wcześniej Piykne bindry. Wierzę, że jeśli spodoba Ci się to miejsce, to oprócz fejsa, wyszukasz sobie ich inne stony (stronę WWW i instagramowy profil). Ale ponieważ ja komunikuję się z Tobą głównie przez FB, tam też Cię dziś odsyłam w pierwszej kolejności.

Jeśli podoba Ci się ten artykuł, zajrzyj do inspiracji z poprzednich miesięcy. Dziękuję!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *