Rowerowy celebryta prosi o uwagę

I jak na każdego celebrytę przystało, mój lubi bywać. Wszędzie się pcha na afisz. Lubi wjechać na sam szczyt, a jak się wjechać nie da, żąda, aby go pchać. Lubi, aby go rozpieszczać, czyścić, smarować i kupować mu nowe oponki. Uwielbia, gdy się o nim gada i się go uwzględnia w planach. Jest bardzo zadowolony, gdy kupując bilet sprawdzam, czy jest możliwość pojechać do celu wraz z nim, albo czy w hostelu będzie rowerownia. Również to, czy będziemy razem jechać ruchliwą drogą czy spokojnym szutrem nie jest mu obojętne. Taki właśnie jest…

Rower na polnej drodze w otoczeniu kwitnących pól

Mój Kross Trans Siberian

Kupiłam go w 2015 roku, krótko po tym, jak złamała się rama w moim poprzednim rowerze. Ale to tak kompletnie się złamała. Było to na środku chyba najważniejszego skrzyżowania w Świdnicy. Zaliczyłam wtedy spektakularny upadek, tuż przed frontem miejskiego autobusu. Wtedy nastąpił ten jeden z wielu razy, gdy tuż po tym, jak ledwo się poskładałam, plułam sobie w brodę myśląc: „Mam prawie pięćdziesiąt lat. Dlaczego, do cholery, nie mogę jak normalny człowiek pojechać gdzieś samochodem i poleżeć koło samochodu?”

Rower w polu rzepaku

Na szczęście szybko mi przeszło (zarówno takie myślenie, jak i dolegliwości) i tydzień później w piwnicy zamieszkał ON: nowiutki, jak spod igły, grafitowy, wymarzony Kross Trans Siberian z damską ramą. Podkreślam, że z damską, choć nie wiem, czy ten model był kiedykolwiek produkowany z męską.

Zgrabna sylwetka to podstawa

Posiadanie damskiej ramy to była ważna rzecz, bo często podróżuję z sakwami. A przerzucanie nogi nad siodełkiem i bagażnikiem uzbrojonym w dwie sakwy, w moim wieku, to nie jest taka znowu bułka z masłem. Skoro więc o sakwach mowa, musiał być również i bagażnik. W miarę duże koła musiały być. no i komfortowa pozycja siedzenia, bo raz już poważnie uszkodziłam sobie nerw w nadgarstku wskutek nieprawidłowego siedzenia na długich dystansach. Nie wyglądało to wtedy dobrze, zwłaszcza, że ja przecież pracuję rękami. A tu ręka unieruchomiona i bez czucia na sześć całych tygodni. I na rehabilitację musiałam popylać, gdzie mnie terapeuta podwieszał za szyję na różnych takich maszynach do wiszenia. Naprawdę nie było mi wtedy do śmiechu. Jednak z czasem przeszło mi i to.

Obecnie znowu jesteśmy z rowerem w dobrej komitywie. Na tyle świetnej, że w tym roku postanowiliśmy się wybrać razem na kolejną mega długa wyprawę z Warszawy, przez Lubelszczyznę, aż do Tarnowa. Ogromnie się do tej podróży podpaliłam. Relację przeczytacie jeszcze tego lata.

Rower na szlaku w Górach Izerskich

Rower na tle zamku w Wojanowie

Długie dystanse to dopiero jest przygoda

Takich długodystansowych wypraw rowerowych mam na swoim koncie na razie tylko trzy: przez południe Polski ze Świdnicy do Sanoka, druga trawersując przez Podlasie oraz trzecia przez Kaszuby, Trójmiasto, aż po Żuławy. Każda z nich to była odległość między 600 a 700 km. Za każdym razem spadło mi 10 kg w tydzień. Każda z nich inna i każda arcyciekawa. Opisy tych wypraw znajdziecie w specjalnej podstronie:

Krótkie dystanse też są ważne

I to jak ważne!… Z krótkich dystansów tak naprawdę składa się codzienne życie. To one budują nawyki i wpływają na codzienną rutynę. I to tych krótkich tras zrobiłam najwięcej. To na nich spotkałam najwięcej ciekawych osób. To głównie z nich buduję siatkę swoich wspomnień, która potrafi podnosić mnie, gdy upadam.

Rower na tle zakwitniętego fioletowego pola

Rower na tle jeziora na Kaszubach

Krótkie dystanse odbywają się wokół domu. Zwykle trwają jeden dzień. Zdarza się, że z pomocą przychodzi pociąg, który zabiera mnie dokądś i mogę wtedy wrócić rowerem do domu. I tę wersję to ja lubię najbardziej. Gdy jednak nachylenie terenu wskazuje, że będzie mi po drodze bardziej pod górkę, wtedy najpierw jadę dokądś rowerem, a pod górkę wracam pociągiem. Bo ja jestem panna wygodnicka. Jak mogę sobie wysiłku trochę przyoszczędzić, to na pewno nie odpuszczę takiej okazji.

Rower na Dolnośląskim Szlaku Wina

Rower na tle budynku dworca kolejowego we Wrocławiu

Rower i kot na moście

Rower na tle zabytkowego wiatraka i zielonych pól

Jednak teraz marzą mi się transgraniczne wojaże

Rozmyślam o się zagranicznych podbojach, trasach wokół alpejskich jezior, z widokami na strzeliste szczyty. Marzy mi się jazda po Bornholmie albo zygzakiem przez Rugię. Póki co jednak nieśmiało wystartowałam z jazdą po Niemczech – raz w Łuku Mużakowskim, raz przez Dolne Łużyce. O tym teraz dłużej rozpisywać się nie będę. W przypływie sił i weny opiszę to z rozdziale o zagranicy.

Rower na tle zamku w Parku Mużakowskim

Rower na tle łużyckich tradycyjnych domów

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *