Templin to kolejne miejsce, które odwiedzam podczas moich wojaży po Brandenburgii. Jak wiele starszych miejscowości w tej okolicy, i ta ma słowiańskie korzenie. Pierwsza wzmianka o tym mieście pochodzi z 1270 r. „Templyn” w kulturze Słowian Połabskich oznaczało miejsce na wzgórzu, otoczone wodą. I to by odzwierciedlało to, co widzę tu teraz: niewielkie, malownicze miasto, otoczone murami i z każdej strony oblane wodą. Wypisz, wymaluj…

Na skrzyżowaniu ważnych szlaków…
Tak oczywisty był zazwyczaj scenariusz powstawania i rozwoju miast w średniowieczu: dwa ważne szlaki komunikacyjne krzyżowały się, a u ich zbiegu zakładano osadę, która następnie przekształcała się stopniowo w miasto. Templin prawa miejskie uzyskał w 1314 r. i od tego momentu prężnie się rozwijał. Wtedy gród otoczono wysokim na siedem i długim na 1735 metrów murem z polnych kamieni. Wzdłuż tych murów po ich wewnętrznej stronie można się dziś przechadzać odremontowanym chodnikiem, przy okazji oglądając trzy miejskie bramy, liczne baszty wykuszowe, dwie wieże i kilka furt.
Brama Berlińska (Berliner Tor) – najokazalsza z nich, trzykondygnacyjna, miała świadczyć o zamożności mieszczan. Tuż obok znajduje się najstarszy budynek w Templin – średniowieczna, gotycka kaplica św. Jerzego – dziś zamknięta, a szkoda, bo miałam smaka obejrzeć starą drewnianą rzeźbę patrona ćwiartującego mitycznego smoka. Zawsze lubiłam ten średniowieczny dreszczyk horroru…

W bramie młyńskiej (Mühlentor) zachwyciły mnie ceglane gotyckie detale na elewacji i układy okien. Natomiast z mostu nad młynówką przepływającą tuż za bramą, dostrzegłam atrakcję, o której nie wiedziałam jadąc do tego miasta, a która okazała się mega „smaczkiem”, jakie lubię odkrywać podczas podróżowania. Opowiem o tym na końcu tego reprortażu.


Ciekawa jest też brama Przemysławska vel Przęcławska (Prenclauer Tor), w której urządzono muzeum miejskie. Przyjemnie jest spacerować wokół niej i odpoczywać w cieniu wiekowych drzew i przy szumie uroczej fontanny z żabami. W małej lodziarni tuż obok można zjeść niesamowite lody. Ja uraczyłam się fiołkowymi i o smaku owoców czarnego bzu.



W miasteczku, w jego wschodniej części, była jeszcze jedna, tzw. Nowa Brama (Neues Tor). Została ona rozebrana w 1960 r. z powodu tężejącego ruchu komunikacyjnego. Trochę szkoda… W miejscu po dawnej bramie natknęłam się jednak na ciekawy budyneczek zwanym domem akcyzowym (Akzisehaus). W domku tym do XIX w. pobierano opłaty podatkowe przy wjeździe do miasta. Potem obowiązek akcyzowy zniesiono i domek stał się uroczym mieszkankiem.

Oprócz bram, podczas spaceru wzdłuż murów obejrzeć można jeszcze dwie baszty: Pulverturm (basztę prochową) oraz Eulenturm (basztę sowią). Obydwie oglądam jedynie z zewnątrz, bo na drzwiach wiszą ciężkie łańcuchy i grube kłódki.


Rynek i ratusz
Po zlustrowaniu fortyfikacji, wchodzę do centrum miasta, gdzie na sporym kamiennym, kwadratowym rynku stoi ratusz. Obecny budynek jest barokowy, pochodzi z 1735 r., ale w jego podziemiach podobno tętni jeszcze słubiutko słowianski puls. Zachowały się bowiem sklepienia budynku rady miejskiej, który zniszczony został w wielkim pożarze miasta, a który istniał w tym miejscu na grubo przed tym barokowym. Przed ratuszem w 1871 r. posadzono dąb pokoju, na pamiątkę przetrzepania portasów wojskom napoleońskim. Stoi też pomnik upamiętniający ofiary dziewiętnastowiecznych bitew.

Domy szachulcowe
Jak głoszą wieści, rynek ożywa w dni targowe oraz przy okazjach licznych spotkań i festiwali, którymi wypełniony jest miejski kalendarz. Jednak w taki dzień, jak dziś, nie dzieje się tu nic. Dlatego też udaję się w okoliczne uliczki, aby odnajdywać to, po co tu przyjechałam – czyli domy szachulcowe (Fachwerkhäuser).
Jest ich tu 47 i na najstarsze z nich ( z 1735 r.) natrafiam przy Rühlstraße. Są pięknie odrestaurowane i bajecznie kolorowe. Jak wyczytałam na miejskim portalu, w okresie przed Bożym Narodzeniem drzwi wszystkich budynków historycznych w mieście otwierają się przed odwiedzającymi to miasto. Dziś jednak zaglądam jedynie w bramy niektórych z nich i podziwiam kameralne sklepiki z rękodziełem oraz butiki z nietuzinkową modą.





Najbardziej okazały wydaje mi się narożny dom u zbiegu rynku i ulicy Schinkelstraße. Zachwycające są zwłaszcza piękne, złociste inskrypcje i ornamenty umieszczone nad oknami parteru.


Pomost między dawnym a teraźniejszym Templin
Coś, co mnie absolutnie zawiodło w tym miejscu, to zamknięte na cztery spusty kościoły. Żadnej szansy na choćby spojrzenie zza krat. Natomiast urzekły mnie wszechobecne, nowocześnie wykonane murale ukazujące miasto ze starych fotografii. Odnajduję je wszędzie – na niezagospodarowanych ślepych ścianach kamienic i szczytowych elewacjach nowych bloków.


No i na koniec absolutne zaskoczenie tego wyjazdu…
…czyli Most Pionierów (Pionierbrücke). Jak już wspomniałam wcześniej, dojrzałam go przypadkiem z innego mostu koło Bramy Młyńskiej i w jego poszukiwaniu udałam sie trochę po omacku, klucząc uliczkami i odkrywając kolejne urokliwe zakamarki miasteczka.
Most odnalazłam w odległości kilkusetmetrów od centrum, poza obrysem murów miejskich, tuż za okazałym budynkiem szkoły podstawowej. Ma kratową konstrukcję, co nie dziwi w mieście wszechobecnego fachwerku. Jest zadaszony na całej długości i od razu na myśl przywodzi podobne mosty z ksiązki (i filmu) „Co się wydarzyło w Madison County”. Ach, co to był za romans… i co to były za mosty… Ale tu wcale nie jest gorzej.
Dziś most jest kładką pieszo-rowerową łączącą centrum z dzielnicą zwaną potocznie „małą Moskwą”. Mała Moskwa jest oczywiście nazwą nieoficjalną, nadaną przez starszych mieszkanców Templin osiedlu, na którym swoje domy mieli działacze KPD – Komunistycznej Partii Niemiec. Podobno (choć to może być plotka) niektóre gospodynie domów w tej dzielnicy były bardzo, ale to bardzo żarliwymi propagatorkami komunistycznych idei. Co się mogło kryć za taką postawą, wiedzą tylko stali bywalcy politycznych więzień i obozów dla internowanych. U mnie to wywołuje ciary na plecach.
Budowla wznoszona była w 2003/04, ale wygląda, jakby tu była od zawsze. Zdążył już trochę spękać i spatynieć. Stanowi prawdziwy popis sztuki ciesielskiej i naprawdę można tu spędzić tydzień, przyglądając się tym wszystkim detalom i połączeniom. No i chłonąc widoki z mostu…




No, i to by było tyle z tego uroczego miasteczka.
Pozostało tu jeszcze atrakcji na conajmniej jeden taki wyjazd. Nie odwiedziałam bowiem templińskich term. Zbrakło mi też czasu na ogród botaniczny Lehmann-Garten, w którym zgromadzona jest nadzwyczajna kolekcja ziół. No i warto by pokulać sie rowerem po okolicy i popodziwiać urzekające nadwodne widoki. Ale to może kiedyś…
Jeśli jednak spodobało Ci się to, co pokazałam dziś, wpadnij na wycieczkę do innego ciekawego miejsca w Brandenburgii:
A jeśli czujesz niedosyt templińskich wieści i ciekawostek, więcej znajdziesz na miejskiej stronie (jest naprawdę ciekawa i ma info również w języku polskim).
