Buszując nadal wokół Berlina napotkałam miasto Wildau, które od razu przywiodło mi na myśl pewną opowieść wyczytaną w książce Mariusz Szczygła pt. „Gottland” o innej, podobnej miejscowości, . Jeśli czytałaś tę książkę, na pewno Tobie również zapadł w pamięć felieton o Zlinie – pierwszym w Czechach, a – jak uważają niektórzy – pierwszym w świecie mieście funkcjonalistycznym. Funkcjonalistycznym, to znaczy wybudowanym dla zaspokojenia jednej nadrzędnej funkcji, mianowicie zakwaterowania pracowników fabryki (w przypadku Zlina byli to pracownicy fabryki obuwniczej Bata).

A więc jak się okazuje, Zlin to nie było jedyne takie miasto. W zbliżonym okresie, na terenach przyległych do stolicy Niemiec zostało wybudowane podobne – zapewne nawet nie jedno, ale na to konkretne właśnie się natknęłam.
Wygodnie jak w mieście, zdrowo jak na wsi
Był początek XX w. Berlińska Fabryka Maszyn Spółka Akcyjna („Berliner Maschinenbau Aktien-Gesellschaft,) dawniej „L. Schwartzkopff” wybudowała właśnie nowoczesne osiedle na terenach pomiędzy fabryką a rzeką. Osiedle kompletne, spójne, wszystko-mające. W reklamach skierowanych do robotników pisano: „Opuść granice robotniczych dzielnic Berlina i zacznij żyć wygodnie i zdrowo na wsi”.

Jeśli zdarza mi się słyszeć o miastach piętnastominutowych jako nowej idei urbanistycznego planowania, to właśnie tu, w Wildau, widzę urzeczywistnienie tej wizji. Rozważania na temat tego, jakie jest moje osobiste podejście do tego typu planów, zostawię sobie na inną okazję. Na razie skupię się tylko na tym, co widzę.
Niemiecki porządek
„Ordnung muss sein” – mówią Niemcy. I ten ordnung widać tu na każdym kroku: czy to w układzie uliczek i kameralnie urządzonych podwórek, czy w jednakowych detalach i kolorystyce elewacji. Wszystko tu do wszystkiego pasuje. Wszystko ze wszystkim jest kompatybilne.



Jednak ten wszechpanujący ład to nie jedyny atut tej kolonii. Pracodawca, czyli BMAG, podkreślał, że wszystkie 950 mieszkań na tymże osiedlu – w odróżnieniu od tych dostępnych w stolicy, mają umieszczone w budynku toalety oraz przynależne każdemu lokalowi ogródki. Zaś w bliskim sąsiedztwie familioków wybudowano również szkołę podstawową i gimnazjum, świetlicę, łaźnię i basen. Powstało tu też zaplecze handlowe, ośrodek zdrowia, poczta, sala gimnastyczna i miejsce pozwalające na organizację festynów. No i jest również kościół. Tuż za domami zaś znajduje się przystań rzeczna i tereny sprzyjające aktywnemu wypoczynkowi nad wodą. Czegóż mogli chcieć więcej pracownicy, których potrzebowała fabryka maszyn?



Wildau dziś
Po wojnie – jak to bywało we wszystkich państwach bloku wschodniego – prywatną fabrykę przekształcono w państwową, jednak jej profil działalności nie zmienił się znacząco. W dalszym ciągu produkowano tu maszyny: wagony, lokomotywy, części statków i samolotów. Obecnie zaś większość hal znajduje się znowu w rękach prywatnych, a profil działalności wielu przedsiębiorstw, które mają tu swoje siedziby, nadal kręci się wokół przetwórstwa i obróbki metali.


Zaś w halach, w których produkcja została wygaszona, urządzono centra wystawiennicze. Część powierzchni oddano też do użytku biurom i pracowniom projektowym, projektantom mody i twórcom sztuki użytkowej. Przestrzenie wyczyszczono i pieczołowicie odrestaurowano, pozostawiając na pamiątkę przemysłowej przeszłości ciekawe industrialne detale.




Politechnika w Wildau
Sporą część poprzemysłowych obiektów i budynków dawnej administracji fabryki zajmuje obecnie Politechnika. Jest ona uczelnią partnerską dla naszej Politechniki w Poznaniu. Uczy się tu ponad 4000 studentów, którzy oprócz sal wykładowych, warsztatów i laboratoriów, mają tu do dyspozycji również mensę oraz – co mnie zachwyciło kompletnie – świetnie zaaranżowaną bibliotekę.


A ja biblioteki kocham ponad wszystko, więc spędzam w niej ponad godzinę. Najpierw lustruję architektoniczne detale, powoli zapuszczając się w najgłębsze jej zakątki. Panuje tu absolutna cisza – jak to w każdej bibliotece – i mam wrażenie, że dźwięk migawki mojego aparatu jest tu źródłem największego hałasu. Jednak mimo to nie mogę się powstrzymać, gdy widzę regały z pracami dyplomowymi studentów. Zawsze się zastanawiałam, gdzie zamieszkała moja praca dyplomowa (również kończyłam politechnikę wiele lat temu). Teraz już wiem, jak może wyglądać „magazyn zapomnianych książek”.

Nie mogę również przestać się zachwycać, gdy na regale poświęconym aerodynamice odnajduję podręcznik budowania modeli samolotów z papieru. Składałaś papierowe samoloty w dzieciństwie? No, to po przeczytaniu takiego podręcznika mogłabyś to zrobić zgodnie z nauką, nie tylko intuicją. Sądząc po dość mocno zużytej okładce, nie tylko mi się podoba ta książka.


Rozbawia mnie również to, co znajduję na jednym ze słupów w holu głównym czytelni – zabawny automat, w którym w niewielkich kapsułkach zamiast cukierków, baloników albo odpustowych pierścionków, znajdują się stopery do uszu. Świetna sprawa!

Za to o nieprzyjemny dreszcz przyprawia mnie stojący na parterze robot, który ma za zdanie opowiedzieć mi o obiekcie, księgozbiorach i ogólnie o życiu w kampusie. Jakiś dziwny niepokój we mnie wzbudza ten wynalazek i to jak sprawnie radził sobie z odpowiedziami na zadawane mu pytana. Od razu przypomniało mi się, jak to w ramach moich studiów zorganizowano nam wycieczkę do urzędu patentowego, aby zobaczyć pierwszy we Wrocławiu dysk optyczny (czyli płytę CD), a już parę lat później płyty CD dodawane były w gratisie do każdej kolorowej gazety. Ech… Quo vadis, domine?

Cała przyjemność po mojej stronie
Dziś, przyjeżdżając w to miejsce, odnosi się momentami mylne wrażenie, jakoby chodziło się po skansenie. A tymczasem życie tu płynie – może nie tak intensywnie, jak w wielkich miastach, ale jednak. Zmodernizowano i rozbudowano szkołę, unowocześniono wiele obiektów, pięknie odmalowano elewacje. Z Berlina co 20 minut przyjeżdża tu S-Bahn, z której na peron wysypuje się cała masa studentów i mieszkańców.

W 2011 zakończono tu wielką renowację, która została wyróżniona przez Niemiecką Fundację Ochrony Zabytków. I powiem Ci szczerze, że ta renowacja została przeprowadzona bardzo udanie. Zachwycająco wręcz… Przechadzając się po miasteczku masz wrażenie, jakbyś obserwowała właśnie pomnik historii i modelowe miasto w jednym. Trochę sztuczne, trochę „plastikowe”, ale pomimo to przyjemne, przytulne i uśmiechnięte.
Jeśli spodobał Ci się ten wpis, to zapraszam Cię również do pobliskiego Cottbus, które odwiedziłam przy okazji tej samej podróży.
