A co by było, gdybym Ci powiedziała, że zabieram Cię na przejażdżkę rowerową po Górnych Łużycach? Jakie byłoby Twoje pierwsze skojarzenie? Zgorzelec/Goerlitz? Żytawa? Budziszyn? Te miejsca oczywiście również są piękne i na pewno znajdą jeszcze lub już znalazły swoje miejsce na podstronach tego bloga, jednak dziś zabieram Cię do prawdziwej perły tego regionu – do wsi Obercunnersdorf.
Plan dojazdu
Z lekką tremą przyznaję, że w zasadzie nie miałam gotowego planu, jak dojechać do tej wsi. Widziałam ją na zdjęciach w Internecie, gdy kilka lat temu zainteresowałam się konstrukcją domów przysłupowych, charakterystycznych dla terenów Łużyc i Dolnego Śląska. Chcąc zgłębić temat, przegrzebywałam sieć w poszukiwaniu informacji na temat tej cudownej architektury. No i zaiskrzyło. A skoro zaiskrzyło, natychmiast wskoczyło na moją osobistą listę podróżniczych marzeń.
Pomysł, aby dojechać tam rowerem dojrzewał w głowie dość długo. Wiadomo, odległość ze Świdnicy niebagatelna. Można ją było zaliczyć do kategorii „odległe i trudne”. Kminiłam więc kilka tygodni, obwąchiwałam temat, aż w końcu wpadłam na pomysł, że wpakuję rower do pociągu i zaokrętuję na kilka dni w Zgorzelcu. Stamtąd zaś dojechać do celu będzie dużo łatwiej.
Chciałabym powiedzieć, że w Zgorzelcu mieszkało mi się luksusowo. Trafiłam jednak do wynajętej kwatery w domu starszych państwa na obrzeżach miasta, gdzie było brudno, głośno i dość mało intymnie. Nie to jednak było ważne. Istotne było, że mogłam na noc schronić rower w garażu, a lokal tak czy siak opuszczałam o świcie, aby wrócić do niego dopiero przed nocą. Dało się przeżyć.

Na wycieczkę wybrałam słoneczny lipcowy dzień – zbyt gorący – jak się potem okazało, bo na trasie czekało mnie sporo przewyższeń. Niektóre z nich prowadziły przez przyjemne, pachnące mchem i igliwiem lasy, dające wytchnienie od upału. Niektóre jednak, te w otwartych przestrzeniach, dawały się mocno we znaki. Niby wiedziałam, że będzie ciężko. Wyznaczając trasę, google maps pokazały mi, że czeka mnie prawie 600 m podjazdów. Miałam jednak nadzieję, że ta drobna niedogodność będzie naprawdę drobna, prawie nic nie znacząca. Nie była… no cóż. Przeżyłam i to!
Ze Zgorzelca wyruszyłam o siódmej rano. Tuż po przekroczeniu granicy na Nysie Łużyckiej, skierowałam się drogą 99 w kierunku Zittau (Żytawy). Droga jest wprawdzie ruchliwa, ale jedzie się nią zaledwie 2-3 kilometry i można ją pokonać chodnikami. Potem odbiłam w prawo i wybrałam podrzędną trasę prowadzącą od wioski do wioski. Ulica wiodła mnie przez typowe dla tego terenu, ale też dla całego Dolnego Śląska, skupiska wiejskich domów, wzdłuż dolin niewielkich rzek i strumieni. Po około trzech godzinach dotarłam wreszcie do celu mojej wędrówki – wsi Obercunnersdorf.
Miłe przywitanie
Do wsi wjechałam od strony wschodniej. Przywitały mnie rzeźbione w drewnie witacze, zapowiadające to, czego się tu spodziewałam, czyli śliczną, ludową architekturę. Przez pierwsze kilkaset metrów nie spotkałam jednak nic, na czym mogłabym zawiesić wzrok na dłużej. Aż w końcu zobaczyłam to:

Przypięłam rower do znaku drogowego przy pierwszym z przysłupowych domów i ruszyłam na oględziny tego miejsca. Zwróciłam uwagę pana, który krzątał się po ogrodzie wraz z małym synkiem. Przepytał mnie, skąd i dokąd jadę. Opowiedział parę ciekawych faktów i dykteryjek z życia wsi, a na odchodne podarował butelkę rabarbarowego kompotu. Miło! Na wieść o tym, że jestem z Polski, wspomniał, że najstarsi mieszkańcy wioski znają język łużycki, jednak przez cały mój, kilkugodzinny pobyt we wsi nie było mi dane tego zweryfikować. Nie spotkałam żadnych starszych mieszkańców, niestety…
Domy przysłupowe
We wsi Obercunnersdorf budowniczowie i właściciele domów pokazali wszystko, co ludzka fantazja może mieć w sobie najlepszego: zamiłowanie do kolorów, uważność na detale, równowaga, dobry smak. To oczywiście moje osobiste odczucie, które nie musi być zbieżne z Twoim. Ty możesz uznać to za przejaw ludowego kiczu. Ja jednak byłam zachwycona.

Pierwsze domy w tej konstrukcji zaczęto budować jeszcze w Średniowieczu. Były popularne głównie na terenie Łużyc, choć ja spotykałam je też w różnych miejscach Dolnego Śląska: w dolinie Bobru, w Przesiece, w Kudowie Zdroju, etc. Składały się z dwóch połączonych ze sobą części. Część mieszkalna jest drewniana, szachulcowa – przestrzenie pomiędzy drewnianymi belkami wypełniano trzciną i gliną. Przyklejona do mieszkania część gospodarcza budowana zaś była z cegły lub kamienia.

Obercunnersdorf to typowa wieś łańcuchowa z jedną główną ulicą i drobną siecią wewnętrznych, pośrednich alejek. Chcąc spopularyzować tę architekturę, przez miejscowość przeprowadzono kilka alternatywnych ścieżek. Jednak trzy godziny wystarczą, aby obejść je wszystkie. I naprawdę warto to zrobić, bo niespodzianki czają się za każdym zakrętem.
Z tablic informacyjnych umieszczonych we wsi dowiedziałam się, że domy te zaczynano budować od części murowanej, gospodarczej. Następnie dobudowywano do niej drewnianą sień mieszkalną i w ostatnim etapie nabudowywano drewniane piętro, wparte na tzw. przysłupach. Przysłupy wspierano zaś często na solidnych kamieniach, co zabezpieczało je przed kontaktem z mokrym gruntem oraz czyniło konstrukcję jeszcze stabilniejszą. Istnieją wzmianki o tym, że budowa takiego domu trwała około czterech miesięcy. Przy wznoszeniu budynku brała udział cała wieś oraz cieśle z całej okolicy. Ponieważ budynek powstawał ze świeżego drewna, budynek „straszył” przez kilka ładnych miesięcy, wydając dźwięki i trzaski, jakie towarzyszą obsuszaniu drewna. Coś o tym wiem, bo FrouFrouKowo również mieści się w domu z drewna. O odgłosach pracującego drewna mogłabym opowiadać godzinami…

Okna w sieni były małe, więc musiało być ich wiele. Początkowo zamiast szyb były w nich naprężone zwierzęce pęcherze lub cienka zwierzęca skóra. Szkło pojawiało się w oknach później, wraz ze wzrostem zamożności społeczności oraz rozwojem hut szkła w okolicy. Szpary w ścianach i przy oknach uzupełniano sznurami konopnymi lub lnianymi. Górną część budynków docieplano drewnianymi deskami. W Obercunnerdorf do tej ściennej izolacji, jak też do krycia dachów, używano jednak kamiennego łupka, popularnego na tym terenie. Pan od rabarbaru opowiadał, że te widoczne na zdjęciach, białe zdobienia ścian wykonywane były początkowo z wapienia, ale ponieważ wyjadały je ptaki, z czasem zaczęto zastępować je elementami z plastiku.

We wsi znajduje się (tak było przynajmniej w 2019, 202 i 2022 roku, gdy tak byłam obecna) jedna restauracja. Ceny niemieckie – 10 euro za naleśniki, do 30 euro za danie mięsne. Ponieważ miałam w sakwach mnóstwo prowiantu, a główny posiłek zamierzałam zjeść w Loebau, w restauracji poprosiłam jedynie o napełnienie bidonów czysta wodą. Pani kelnerka zrobiła to chętnie i bez opłaty.
Nie ma tu za to sklepu spożywczego. Istnieje w prawdzie szyld na jednym z budynków, mówiący o tym, że sklep tu był, jednak za każdą wizytą zastałam zamknięte drzwi.
Status gospodarza
Majętność właściciela budynku i jego rodziny można było poznać po jego rozmiarze. Najbardziej powszechne były domy z trzema oknami umieszczonymi w łukach. Czterema oknami cieszył się ksiądz proboszcz i wiejski administrator. Pięć okien to już prawdziwa rozpusta i stać było na nie prawdziwych bogaczy.
We wsi spotkałam domy murowano-drewniane, ale też takie bez murowanej części gospodarczej. To znak, że dom należał do tkacza lnu. W części pomieszczeń ustawiane były olbrzymie krosna, na których produkowało się tkaniny. Na poddaszu składowano zwykle chrust albo gałęzie na opał, paszę dla zwierząt, a w domach tkaczy len.

Kwitnące ogrody
Ogrody to mógłby być temat na cały olbrzymi wpis, nie tylko na skromny podrozdział. Nie chcąc Was jednak zmęczyć, wspomnę tylko, że tak jak nie ma tu dwóch jednakowych domów, tak i ogrody są różne. Każdy inny i każdy piękny. Co jednak zwróciło moją uwagę, to ujednolicone, drewniane, schludne ogrodzenia. Żadnej metaloplastyki, żadnych kutych konstrukcji, ani betonowych odlewów. Po prostu najzwyklejsze drewniane, ostro zakończone żerdki w naturalnym odcieniu, aby zanadto nie zaburzać i tak już kolorowego i bogatego krajobrazu.

Elementem, który również powtarzał się przy wielu domach, było obecność wysokiego drzewa w pobliżu domu. Podobno nasadzano takie drzewa celowo, wybierając szybko rosnące gatunki, aby mogły one w ciągu paru lat przewyższyć kalenicę dachu, ściągając na siebie ewentualne pioruny. Były więc swoistego rodzaju odgromnikiem. Uderzenie pioruna w budynek niemal zawsze kończyło się dla budynku źle, ze względu na użyte do budowy materiały (drewno i trzcina). Gęsta zabudowa wsi również niosła zagrożenie, że ogień rozprzestrzeni się szybko na pobliskie domostwa. Ochrona przed pożarem była więc dla wsi bardzo ważna.


Droga powrotna
Po obejrzeniu każdej alejki powoli ruszyłam droga wiodącą pod wysokim kamiennym wiaduktem w kierunku Loebau. Minęłam kolejne łańcuchowe wioski z kolejnymi domami przysłupowymi. Przejechałam też przez wieś Grosschweidnitz i poczułam się niemal jak u siebie.

W miasteczku, w samym rynku zatrzymałam się na obiad w barze z azjatyckim jedzeniem. Tutaj też miałam zamiar zwiedzić żeliwną wieżę widokową. Jednak ponieważ dotychczas pokonana trasa dała już porządny wycisk moim mięśniom, zrezygnowałam z tego punktu programu i pognałam w kierunku Goerlitz. O wieży pisałam już wcześniej w innym artykule. Jeśli jeszcze go nie czytałaś, gorąco Cię zachęcam.

Ostatnie dwadzieścia kilometrów to nudna przejażdżka ścieżką rowerową poprowadzoną wzdłuż drogi nr 6 z Loebau do Goerlitz. A potem już rzut beretem ścieżkami i podwórkami do mojej kwatery. Gdybym to rozplanowała lepiej, ten nudny kawałek trasy mogłabym sobie oszczędzić, pakując się w pociąg. Jeżdżą często. Chyba nawet co godzinę. Dostrzegłam to jednak, będąc już pare kilometrów za miastem.
Na koniec wspomnę, że w sieci znalazłam wiele źródeł na temat domów przysłupowych. Najciekawiej chyba było tu:
Zaś inspiracja, a więc pierwsza myśl, aby tego miejsca poszukać i je zwiedzić, przyszła do mnie z Instagrama:
Ach, no i nie mogę zakończyć inaczej, jak tym, że zapraszam Cię, abyś pobuszowała w moim sklepie:

[…] Zobacz moje wspomnienie z Górnych Łużyc […]
[…] opisywałam już tutaj). To znowu Park Mużakowski, czy przepiękne Gorlitz. O Obbercunnersdorf nie wspominając… I tak się działo aż do momentu, […]
[…] Wycieczka do Obercunnersdorf […]