Ileż to ja już razy miałam zajrzeć do Cottbus, wędrując po Łużycach… Ciągle znajdywałam coś, co skutecznie odciągało moją uwagę od tego miasta. A to żelazna wieża w Löbau, a to Diabelski Most w Kromlau (obydwie atrakcje opisywałam już tutaj). To znowu Park Mużakowski, czy przepiękne Gorlitz. O Obbercunnersdorf nie wspominając… I tak się działo aż do momentu, gdy w ręce wpadło mi zdjęcie nowej chociebuskiej biblioteki. To definitywnie przeważyło szalę i zadecydowało, że – jako że jestem wielką fanką i „kolekcjonerką” wizyt w ciekawych bibliotekach – przy najbliższej okazji muszę tam być.
Biblioteka
To był tak silny wabik, że wszystko inne – jakkolwiek z pewnością również ciekawe – zostawiłam sobie na popołudnie, natomiast całą wycieczkę rozpoczęłam od zwiedzenia tego siedmiopiętrowego olbrzyma o kształcie ameby, gdyby tak na nią zerknąć z góry.
Gmach należy do Politechniki w Cottbus (Brandenburgische Technische Universitat Cottbus). Wybudowano go na otwartej przestrzeni, więc podziwianie tej arcyciekawej bryły jest możliwe z każdej strony. I na pewno warto ją obejść dookoła, może nawet ze dwa razy.


Elewacja budynku zbudowana jest z dwóch warstw szkła. Artyści zaprojektowali na całej jej powierzchni graficzne przedstawienie liter różnych alfabetów. Jednak to, że są to litery, widać dopiero z pewnej odległości. Z bliska zaś rysunek widoczny jest jako zbiór abstrakcyjnych linii i kropek. Twórcy chcieli, aby umieszczenie liter na ścianach odkreślało kulturalno-naukowy charakter przestrzeni.

Sam kształt zaś wydaje się na pozór bezładny, jednak po wejściu do środka okazuje się, że w każdym z ramion tej ameboidalnej postaci są funkcjonalnie określone trzony: winda, kolumny, klatka schodowa, otwarta przez kilka pięter przestrzeń czytelni.
Wejdźmy zatem do środka
Na parterze mieści się wielka sala operacyjna, podzielona pomiędzy informację i dział wydawania zamówionych książek, multimedialne legowiska i fotele do odsłuchu audiobooków, stanowiska komputerowe, miejsce wystawowe. Kolejne strefy wyznaczane są przez kolory: zielony, różowy, niebieski czerwony, przy czym kolory te są naprawdę intensywne, soczyste. Ta kolorystyczna sałatka byłaby nawet może trochę męcząca, jednak została „rozładowana” przez otwarte, ciągnące się wzdłuż kolejnych kondygnacji przestrzenie oraz szare stanowiska kameralnych czytelni. I całe szczęście, że szare, bo nie wyobrażam sobie studiowania fizyki kwantowej, mechaniki płynów czy budowy dróg i mostów w otoczeniu tych landryn.


Zdecydowanie najciekawszym elementem tej przestrzeni jest jednak w moim mniemaniu spiralna klatka schodowa. Ma 6 metrów szerokości, upstrzona jest kolorami i naprawdę zachęca do spacerów w górę i w dół. Sama w sobie mogłaby tworzyć osobne dzieło sztuki. Coś na kształt rzeźby…


Po więcej technicznych informacji na temat tego cuda architektury odsyłam poniżej… Tylko nie zapomnij potem tu wrócić 🙂
A teraz czas na starówkę
Wizyta w bibliotece pochłonęła w sumie około dwóch godzin. Gdy już jednak nasyciłam oczy kolorami, a uszy kojącą ciszą, mogłam znowu wyjść do świata, aby powolnym krokiem przemieścić się w kierunku starej części Cottbus. Spod biblioteki do centrum jest niecałe dwa kilometry. Mój spacer rozpoczynam od odwiedzenia informacji turystycznej (obsługa po niemiecku i polsku), gdzie wyposażono mnie w mapki i ulotki z informacjami, co fajnie by było w mieście zobaczyć. W sumie skorzystałam z niemal każdej z rekomendacji. Nie wystarczyło mi czasu jedynie na wizytę w teatrze miejskim oraz w muzeach poświęconych kulturze łużyckiej. Zostawiam sobie to do nadrobienia przy kolejnej wizycie.
Szlakiem Dolnołużyczan

Zamarzyło mi się poznawanie śladów słowiańszczyzny, a tymczasem pierwsze, na co się natykam, to orientalna pagoda. W zasadzie to tylko ogrodowa altana o tym kształcie, tak czy inaczej dziwne to. Szybko jednak swojsko-brzmiącą ulicą Klasztorną (tak, spotkasz tu podwójne nazewnictwo ulic: niemieckie i łużyckie, a łużyckie, to takie jakby trochę polskie)… No więc ulicą Klasztorną dochodzę właśnie do klasztornej świątyni (Klosterkirche) stojącej przy – jakżeby inaczej – Klosterplatz. I jest to jedyny w tym mieście budynek, który pamięta tu słowiańskich władców. No może jeden z dwóch lub trzech, ale o tym później.

Parę kroków do Rynku
Bardzo byłam ciekawa, co mogę znaleźć w środku tego kościoła. Miałam nadzieję na ciekawe, gotyckie epitafia z nazwiskami wczesnych właścicieli tych ziem, ale nic z tego! Kościół zamknięty był na cztery spusty. Postanowiłam więc zgodnie z sugestią mapki pozyskanej w biurze informacji pójść z stronę rynku.


Centralne miejsce starego miasta (Altmarkt) ma wydłużony, workowaty kształt. Brak tu ratusza pośrodku. Jest więc inne od tak swojsko wydających się mi miast budowanych „na prawie magdeburskim”. Przestrzenie w dolnych partiach budynków okalających rynek to kafejki, restauracje i drobne sklepiki. Mnie zauroczyła zabytkowa apteka, w której oprócz ziołowych nalewek i herbat, można nabyć oryginalną wodę kolońską z Kolonii (Echt Kölnisch Wasser No. 4711). Kiedyś podobno można ją było kupić tylko w dwóch miejscach w Europie: w Kolonii i właśnie w tej aptece w Cottbus.

Wolnym krokiem do Katedry


W jednym z rogów rynku dostrzegam górujący nad resztą budynków kościół, przywodzący mi na myśl kościoły, jakie widziałam w Szczecinie. W przewodniku czytam, że bryła typowa jest dla budowli pólnocno-niemieckich. A więc jednak…
Jest to największy kościół na Dolnych Łużycach. Po wejściu do środka uderza wielgachna, jasna przestrzeń oraz ciekawe gwiaździste sklepienie. Naprawdę ciekawe. Nie widziałam podobnego nigdzie indziej.



Podobno kościół wyróżnia się niebywałą akustyką, co wykorzystują często muzycy i organizacje kultury, organizując tu liczne koncerty. Mi podoba się to, że wszelkie informacje o kościele dostępne są również po polsku.
Prawo czy bezprawie?
Spod kościoła wolnym krokiem przechodzę w stronę starej wieży. To – jak wspomniałam wcześniej – drugi obiekt w mieście, który pamięta słowiańskie czasy. Budowla stanowiła onegdaj część umocnień chroniących zamek. Po zamku nie ma już obecnie ani śladu, niestety.

Teraz w tym miejscu stoi sąd dla Brandenburgii (Landgericht), natomiast w drugim kącie Placu Zamkowego znajduje się budynek dawnego więzienia Stasi – gigantyczne gmaszysko słynące z błyskawicznych procesów dokonywanych na więźniach politycznych poprzedniego ustroju. I rzeczywiście – pomimo atrakcyjnej bryły i spokojnej kolorystyki elewacji, jest w tym obiekcie coś mrożącego. Obecnie w tym miejscu zorganizowano muzeum ofiar reżimu komunistycznego oraz instytucje broniące praw człowieka. Co powinno zaciekawić szczególnie nas – Polaków, w więzieniu tym miał miejsce strajk w obronie Solidarności. Ale aby przeczytać więcej o tym ciekawym wątku, odsyłam do Wikipedii.

Elektrownie w przemysłowej części Cottbus
W bezpośrednim sąsiedztwie więzienia jest ładnie urządzony park z fontannami i stawami, w których wprawne oko zauważy pląsające wydry. Zaś na obrzeżach parku stoi wielka, ceglana budowla, która w ostatnich latach przeszła gruntowny remont. I rzeczywiście budynek obecnie „błyszczy” i zachwyca. To stara elektrownia parowa wraz z towarzyszącym jej wodnym młynem.

Obydwa budynki przypominają o przemysłowym charakterze miasta. Cottbus dawno temu słynęło z produkcji sukienniczej oraz przeróbki wełny. Na dowód tego w cieniu tych gmaszysk stoją do dziś ustawione rzędem maleńkie domki rzemieślników.



Stara elektrownia nie jest jednak jedyną, ponieważ na jej tyłach możesz zobaczyć kolejną, nowocześniejszą, dieslowską (Dieselkraftwerk). Jak podają przewodniki, została wybudowana na kształt mauretańskiego zamku. Jednak obserwując gmach, jego „naciąganą zamkowość” dostrzegam jedynie od strony wody. Zaś od strony ulicy to czysty, ukochany przeze mnie modernizm. No, kocham ten styl, cóż począć… Obecnie w środku mieści się muzeum sztuki współczesnej i restauracja.

Sztuka rodem z NRD
Tej sztuki współczesnej, mającej silne korzenie w NRD jest tu jednak sporo w przestrzeni miejskiej. Jeśli więc, tak jak mi, zabraknie Ci czasu na zwiedzanie muzeum, możesz spokojnie delektować się nią na każdym zakręcie. Fontanny, rzeźby, pomniki, ozdobna ceramika, sgraffito… Jest tego naprawdę sporo – wszystko świetnie zachowane, odrestaurowane, zaaranżowane.


Łużyckie reminiscencje
Nie wiem dlaczego uczepiłam się tak tej słowiańszczyzny. Może dlatego, że tak dużo żywych śladów naszej kultury widziałam już w Budziszynie i innych zakątkach Górnych i Dolnych Łużyc, i wciąż nie czuję przesytu. Jeden dzień wizyty w tym mieście to jednak zdecydowanie za mało, aby obok zwiedzania atrakcji w plenerze odwiedzić dodatkowo jeszcze dwa działające w tym mieście muzea poświęcone kulturze łużyckiej. A szkoda… Choć i bez tego moja słowiańska dusza zostaje łechtana w przyjemny sposób co chwilę. Ulice mają podwójne nazewnictwo. Instytucje miejskie i państwowe również. Informacja turystyczna jest dwujęzyczna. W przestrzeni w pobliżu murów miejskich natknęłam się też na dwie śliczne, ogromnych rozmiarów mozaiki o tematyce przypominającej o łużyckich korzeniach tych terenów. Miło…



Na koniec jeszcze przechodzę obok wyciętego z dykty księcia von Pückler (tak tego do parku Mużakowskiego, który na golasa jeździł konno po swoich posiadłościach i generalnie był niezłym rozrabiaką). Macham do niego przyjaźnie ręką i zapewniam, że jeszcze dziś pojawię się w jego siedlisku w Branitz. Ale to już czas na osobną opowieść…

Jeśli podobał Ci się ten tekst, przyjdź niedługo po dalszy ciąg opowieści o siedzibie księcia skandalisty oraz o mojej wizycie w nieoczekiwanie ciekawym miasteczku pod Berlinem.
A może zechcesz postawić mi kawę?

[…] Spacer po Cottbus […]