Milicz mam tuż pod bokiem, zaledwie 80 km od domu i choć byłam tam już wiele razy, wciąż lubię wracać do tego miasta. Czasem traktuję je jako punkt startowy dla moich rowerowych wycieczek – gdy wybieram się w Dolinę Baryczy lub do Rezerwatu Stawów Milickich. Czasem – jak było to tym razem – aby odwiedzić i poznać głębiej tylko samo to miejsce na mapie Dolnego Śląska. A wyzwalaczem tego, aby pojechać tam znowu właśnie teraz, było zdjęcie muzeum, które odwiedziłam wieki temu, a które przeszło w ostatnich latach niebywałą metamorfozę.
Niedziela rano – kościoły otwarte
Jest niedzielny poranek. Parkuję samochód w pobliżu kościoła św. Andrzeja Boboli. Dochodzi dziesiąta i mam nadzieję, że uda mi się obejrzeć kościół przed nabożeństwem. Jest tam jednak tyle detali i zakamarków, w które chciałabym zaglądnąć, że kilka minut nie wystarczy. Decyduję się więc jedynie obejść budowlę dookoła, obejrzeć okoliczne domy szachulcowe i wrócić ponownie na spokojne zwiedzanie, gdy kościół już opustoszeje po mszy.
W międzyczasie udaję się do rynku. Raz już tam byłam i wtedy milicki rynek nie zrobił na mnie pozytywnego wrażenia. Ale czasy się zmieniają. Być może mój gust też się zmienił, albo udało się władzom miasta zrobić z koszmarka prawdziwą perłę – tak sobie wymyślałam pokonując te parę ulic po drodze.
No i dotarłam. I niestety nic się tu nie zmieniło, ani na korzyść, ani na niekorzyść. Ryneczek w Miliczu jak był byle jaki, tak jest nadal: rzędy kamieniczek, raczej niczym nie wyróżniających się, zadbanych średnio, ukwieconych średnio, za to bogato upstrzonych szpecącymi reklamami i niezbyt zachęcającymi witrynami sklepów. Tu i ówdzie panowie i panie, jeszcze na wczorajszej fazie lub po wczesnoporannym szocie. „Co się, kurwa, gapisz”, zamiast „dzień dobry”. No bo w sumie racja, po co się tu gapić na cokolwiek. Nie, nie lubię milickiego rynku.

Aby nie przechodzić dwukrotnie przez rynek, korzystam z uliczek na zapleczu i wraca w stronę kościoła Boboli. Tym razem w świątyni jest już pusto. Można przechadzać się po schodach i balkonach, i nikomu w niczym nie przeszkadzać.
Budynek ma konstrukcję drewnianą i gdyby nie przyrośnięta do niego wieża, do złudzenia przypominałby nasz świdnicki Kościół Pokoju. Nic dziwnego. Wybudowano go w podobnym okresie i na mocy podobnych dekretów – był wyrazem ustępstwa cesarza pruskiego Wilhelma II wobec śląskich ewangelików, pozwalając im na wybudowanie własnych świątyń. Milicki kościół był jednym z sześciu na Śląsku kościołów łaski.
Lubię ten kościół za jego przestrzeń i światło. Ale chyba (choć nie jestem tego pewna) ten jasny błękit i krem to efekt już powojennych remontów. Kształt płycin na balkonach (emporach) znowu przypomina mi te w obu kościołach pokoju. Jeśli więc powstawały w tej samej technologii, w podobnym okresie i przynależały do tego samego wyznania (ewangelickiego), możliwe jest, że te milickie empory również były wypełnione cytatami z Pisma Świętego, pełne złoceń, ornamentów i malowideł religijnych. Choć ten obecny błękit jest również urzekający.


Staw rekreacyjny
Zaraz po zwiedzaniu kościoła i uliczek wokół rynku przeskakuję nad staw rekreacyjny. W barze plażowym wypijam pyszną kawę i wyciągam z mobilnej biblioteczki kilka książek, które pojadą ze mną do domu. Pomimo wczesnej pory, z plaży korzysta już kilka rodzin i mniejszych grupek młodzieży. Kolejne napływają.


Nad samy stawem piasek jest czyściutki i woda zachęca do kąpieli. W to miejsce od centrum prowadzi zaś ścieżka pieszo-rowerowa. I gdybym tylko była tu z moim rowerem, zaplanowałabym na plaży dłuższy pobyt. Dla rowerzystów przygotowano tu stację serwisową. Można napomować koła lub dokonać drobnych napraw i regulacji. Fajne rozwiązanie – w moim mieście również zainstalowano podobne, choć gdy chciałam z niego skorzystać, było już mocno zdekompletowane. Tutaj niczego nie brakuje, póki co…
Po godzinie leżeniana piachu i po pysznej kawce, zahaczam jeszcze o znajdującą się tuż obok stacyjkę wąskotorówki. Oglądam stojącą lokootywę i odkrywam, że znajduje się tu skrytka geocaching. Kiedyś się w to bawiłam, więc zrobiło mi się fajnie na samo wspomnienie. I generalnie byłoby to świetne miejsce na krótki postój, gdyby nie sterty śmieci. Więc prawdopodobnie jest to dobra miejscówka na wieczorne libacje okolicznego towarzystwa. Czy ja coś wcześniej wspominałam o pijaczkach?

Tak więc zabawiam tu jedynie chwilkę, bo już przebieram niecierpliwie nogami, aby zaraz znaleźć się w…
Muzeum bombki
Milickie Muzeum Bombki mieści się w dawnych halach zakładu produkującego te bożonarodzeniowe dekoracje. Obecnie produkcja została już wygaszona, ale wciąż można przyjechać tu na warsztaty ze zdobienia bombek, zagrać w grę iejską lub choćby tylko obejrzeć ekspozycję.
Przechodzę przez kawiarnię, w której kupuję bilet (16 zł bilet normalny, 13 zł ulgowy) i otrzymuję ulotkę z informacją o fajnej idei stworzenia tradycyjnego wzoru (czy też stylu) dolnośląskiego, które ma być koktajlem motywów dekoratorskich wszystkich grup etnicznych zamieszkujących obecny Dolny Śląsk.



Wystawa urządzona jest tylko w jednej hali, ale jest tu czym zająć oczy i głowę przez dobrą godzinę, albo i dłużej. Bombki posegregowane rodzajami, według sposobu zdobienia, kształtu czy czasu powstawania, zawieszone są w barwnych gablotach, przy czym już same gabloty są tu niezwykle atracyjne. I niemal każda osoba, która wchodzi do sali, wydobywa z siebie głośne „WOW”. Wystawę polubią więc wszyscy – starsze pokolenie, bo dla nich to istny wehikuł czasu przenoszący do czasów dzieciństwa (ja w każdym razie odnalazłam tu wiele wzorów, jakie wisiały wiele lat temu na choince w moim domu). Młode pokolenie też się tu odnajdzie, bo to miejscówka świetna na instagramowe kadry.





Po godzinie z okładem znowu wychodzę na słońce i w barze przed budynkiem kupuję sobie zimną lemoniadę. Można tu zjeść również milicką rybę, jednak dla mnie to jeszcze nie pora na obiad. Rozkładam się na wygodnym leżaku i czytam ulotki, jakie dostałam w muzeum. Znajduję tam informacje, że fabryka działała tu od lat 50-tych XXw. aż do 2008. Że produkcja w całości (od formowania szklanych baniek, przez zdobienie, do pakowania) odbywała się ręcznie. I że wytwarzano tu ponad milion bombek rocznie, z czego 90% było eksportowanych. Wśród klientów znajdował się nawet Walt Disney. Na ekspozycji znajdują się tylko i wyłącznie ozdoby powstałe w tej manufakturze. Przez lata odkładano tu po jednej sztuce z tworzonego wzoru, co w sumie złożyło się na tą bogatą kolekcję.
Oprócz muzeum znajduje się tu też społeczna szkoła podstawowa. I ponieważ zawsze lubiłam stare industrialne przestrzenie przywracane do użytku w różnych formach i rolach, wiadome było, że ta szkoła zorganizowana z fabrycznych halach też mi przypadnie do gustu. Musi być chyba fajnie być uczniem szkoły w takim miejscu.
Interesujące jest nie tylko bombkowe sąsiedztwo szkoły, ale też tlenowy las, który został tu posadzony, i pokaźna kolekcja hoteli dla owadów, wykonywanych najpewniej przez dzieciaki.


I znowu wąskotorówka…
Mam zamiar jeszcze dziś obejrzeć to, co wcześniej zawsze z braku czasu pomijałam – czyli posiadłości Maltzanów, rodziny, która przez poklenia była właścicielem miasteczka i fundatorem ważniejszych obiektów. Zanim jednak tam dotrę, napotykam kolejną stację kolejki wąskotorowej – tym razem bardziej zadbaną. Na stacyjce jest wielkie akwarium, w którym zgromadzono gatunki ryb żyjące w Stawach Milickich. Wprawdzie przez obrośnięte glonami ściany akwarium ledwo widzę, co jest w środku, to jednak na tablicach informacyjnych wyszczególnione są wszystkie gatunki hodowlane tych akwenów.

Obok akwarium zrobiono też płytkie, miniaturowe „stawiki” w krótych pływają miniaturowe rybki. Fajna zabawa dla dzieciaków.
Miniaturowa jest również kolejka – dwa ładnie odnowione wagoniki. Tuż obok wiata dla rowerzystów, letnia siłownia, piaskownice, huśtawki. Stacyjka leży na jednym z ważniejszych szlaków rowerowych Doliny Baryczy – szlaku biegnącym po śladach dawnej kolei wąskotorowej, onegdaj łączącej Milicz ze Żmigrodem, Prusicami i Wrocławiem. Fajne, naprawdę bardzo fajne miejsce, tłumnie odwiedzane przez rowerzystów. Podczas mojego krótkiego pobytu tam, przewinęło się ta conajmniej kilkadziesiąt osób, ale ponieważ teren jest duży, nie było tłoku. Jestem pod wrażeniem. Czysto i atrakcyjnie. Zero śmieci i zero pijaczków.
Miejsce nazywa się „Stacja Zamek” co jest trochę jednak zwodnicze, bo do zamku jest stąd jeszcze półtora kilometra.



Ruiny zamku i pałac Maltzanów
No więc wreszcie tu docieram. Na zakończenie wycieczki chcę obejrzeć wyczekiwany przez mnie pałac Maltzanów. Najpierw jednak natykam się na ruiny zamku z XIII w. Zamek budowany był tutaj, gdy Milicz przynależał do Polski. Władał nim więc polski książę Mściwoj II. W chwili wznoszenia konstrukcji, zamek był trzecią pod względem wielkości rezydencją na Śląsku. Obecnie ruin nie można oglądać z bliska. Dostępu do nich chroni wysoki płot.

Bezpośrednio spod ruin udaję się więc w pobliże pałacu. Elewację tylną oglądam tylko przez ogrodzenie. Teren przed pałacem należy do szkoły leśnej.

Udaję się więc na druga stronę, aby obejrzeć front pałacu. I ten front jest rzeczywiście okazały – jakby na potwierdzenie tego, że Maltzanowie byli świetnymi gospodarzami tych ziem. Nic dziwnego. W dobrym dla siebie okresie byli w posiadaniu 2 tysięcy hektarów stawów, zaopatrujących w ryby najznamienitsze dwory europejskie. Mieli przędzalnie bawełny i tkalnie. W 1740 r. Śląsk znalazł się pod władaniem pruskim i hrabia von Maltzen jako pierwszy ze śląskich arystokratów złożył hołd nowemu władcy. Zaskarbił sobie tym szczególne względy u cesarza i w ramach nagrody zyskał stanowisko polityczne. Otrzymał też w prezencie sporą kolekcję instrumentów Stradivariusa. Dało to zaczątek poszerzanej przez kolejne lata kolekcji sztuki (miedziorytów, instrumentów i muzykaliów, książek i malarstwa). W pewnym czasie kolekcja ta była uważana za jedną z bardziej wartościowych w Europie.
Takie zbiory wymagały więc szczególnej oprawy. Wnętrza klasycystycznego pałacu, wybudowanego na wzór pałacu Sanssouci w Poczdamie nadawały się do tego znakomicie. Dookoła zaś utworzono 50-hektarowy ogród, czy też raczej park w stylu angielskim, ze stawami, fontannami i mostkami – pierwszy w tym stylu na terenie obecnego Dolnego Śląska. Podczas krótkie przechadzki widziałam wiele gatunków drzewa – olbrzymie czarne olchy, rzadkie w tamtych czasach platany. Duża kolekcja rododendronów musi za to świetnie wyglądac w maju w okresie kwitnienia.



Choć w tym miejscu moja milicka wycieczka się kończy, nie był to dla mnie koniec podróży. Bo choć zupełnie tego nie planowałam, odwiedziłam tego dnia jeszcze kilka ciekawych miejsc w Rezerwacie Stawów Milickich. I na pewno zabiorę Cię tam w kolejnej relacji. Znajdziesz ją już wkrótce tu:
Jeśli zaś szczególnie zainteresował Cię temat bombek i milickiego muzeum, odsyłam Cię na bezpośrednią stronę tego przybytku:
