Biegiem przez Budapeszt – wycieczka jednodniowa

Budapeszt jest olbrzymi. Pod względem wielkości, jak i populacji porównywalny do Warszawy. 8 godzin na zwiedzanie tego miasta to naprawdę niewiele, zwłaszcza, gdy się jest w nim (i w ogóle na Węgrzech) pierwszy raz w życiu. Już samo znalezienie parkingu to wyzwanie, a co dopiero poznanie topografii miasta i rozeznanie się, co jest w zasięgu. Założenie było więc takie: trzeba liznąć choć trochę obu brzegów Dunaju, rzucić okiem na parlament, odwiedzić Budę, spróbować dostać się do Funicularu oraz odnaleźć najstarsze metro w kontynentalnej Europie. Apetyt był oczywiście dużo, dużo większy. Zwłaszcza że trzy lata temu zaplanowałam już podróż do stolicy Węgier na całe trzy dni. Zarezerwowałam nawet wycieczkę po paramencie i kąpiele w łaźniach. Jednak parę miesięcy później dopadła nas ta straszliwa epidemia i całe plany uległy skasowaniu.

Buda na pierwszy ogień

Z parkowaniem szło trudniej, niż się spodziewałam. Nie sprawdziłam tego wcześniej i zafiksowałam się, że pozostawienie auta na którymś ze zbiorowych parkingów dla turystów mnie zrujnuje. W końcu, po bezowocnych próbach znalezienia miejsca wśród uliczek centrum, zjechałam pod ziemię. Sprawdziłam cennik i… odetchnęłam z ulgą. Wychodziło ok. 6 zł za każdą godzinę. To taniej niż we Wrocławiu. No i było przynajmniej blisko do miejsc, na których mi zależało najbardziej.

Po wydostaniu się windą na powietrze, od razu znalazłam się nieopodal dolnej stacji Funikularu. Co za traf! Bardzo chciałam co najmniej go zobaczyć, po cichu też marząc, że może uda się go dosiąść. Wszak to najstarsza na świecie i wciąż działająca torowo-linowa kolej miejska. Ale niestety tak, jak cena parkingu wydała mi się do zaakceptowania, tak już cena minutowej przejażdżki starym wagonikiem niekoniecznie. Choć chętnych nie brakowało… Kolejka była gigantyczna – najpierw do kasy, a potem do samego wagonika. Co by nie mówić, obserwowanie tej kolejki już samo w sobie jest przyjemnością.

Tu sprawdzisz bieżące ceny biletów na Funicular.

Funicular w Budapeszcie

Próbując rozeznać temat dotarcia na Wzgórze Zamkowe i jednocześnie uchwycić w kadrze wspinający się w górę wagonik, rzuciła mi się w oczy przepiękna mozaika. Jeśli wierzyć dacie umieszczonej u góry kompozycji, została wykonana w 1880 r. Podobno większa ilość przecudnych układanek jest do obejrzenia po przekroczeniu progu budapeszteńskich łaźni. To jednak nie było mi dane tym razem.

Mozaika z 880 roku przy dolnej stacji funicularu

Kościół Św. Macieja

Dotrzeć na Wzgórze Zamkowe można kilkoma drogami. Ja wybrałam łagodne podejście schodami na prawo od kolejki. Ładnie zakomponowana przestrzeń parku dawała odpocząć od upału. A przy okazji miałam okazję obejrzeć drzewa w dziwnych gatunkach, jakich nie kojarzę z naszych przestrzeni. I tak oto, po parunastu minutach znalazłam się pod kościołem św. Macieja.

Miałam ja z tym kościołem niezły ambaras. Dysponowałam mapa papierową i mapą w telefonie, i na tych dwóch mapach widniały dwie różne nazwy tego samego kościoła. Na jednej z nich jako patron widniał właśnie św. Maciej. Na drugiej był to kościół pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny. Trochę się więc pogubiłam w topografii i już zaczęłam myśleć, że ten upał jednak przygrzewał troszkę za bardzo. Ale nie! Okazuje się, że świątynia ta zwana jest Maciejem tylko zwyczajowo – ze względu na to, że przed wiekami król węgierski Maciej Korwin brał w nim ślub.

Budowla stanowi mocny punkt w przestrzeni tej części miasta. Strzelista wieża i przecudnej urody mozaikowy dach można oglądać z wielu stron. Najpiękniej prezentuje się jednak chyba z samej Baszty Rybackiej.

Kościół świętego Macieja w Budapeszcie, widok z Baszty Rybackiej

Widok z ulicy na kościół św. Macieja w Budapeszcie

Z oryginalnie postawionego tu w okresie gotyku budynku pozostało zaledwie kilka elementów (m.in. główny portal) i aż się wierzyć nie chce, że dominująca część budynku została odbudowana dopiero w 1960 r. Kościół dość mocno ucierpiał podczas oblężenia Budapesztu przez wojska tureckie, a druga wojna światowa tylko dokończyła dzieła. Spłonął dach, a wojska radzieckie urządziły sobie we wnętrzach kościoła stajnię i latrynę. Stan budynku był tak zły, że władze miasta rozpatrywały nawet jego rozbiórkę. W obecnej chwili budynek jednak prezentuje się niezwykle okazale.

Detale kościoła św. Macieja w Budapeszcie

Baszta Rybacka

Po obejściu kościoła dookoła, jeszcze tylko rzut oka na pomnik św. Szczepana – pierwszego króla Węgier, i można wchodzić na Basztę Rybacką.

Pomnik św. Szczepana w Budapeszcie

Baszta, niczym wyjęta z bajek Disneya budowla, składa się z dwóch kondygnacji. Dolna, dostępna dla wszystkich bez konieczności kupowania biletów, oblegana jest przez tłumy. Dojść do wolnego okna, aby obejrzeć najsłynniejszą panoramę Budapesztu z widokiem na gmaszysko parlamentu, graniczy z cudem. Lub wiąże się z długim czajeniem się na wyrwę w potoku ludzi.

Aby wejść wyżej, trzeba odstać chwilę w niezbyt długiej kolejce i zakupić bilet. Za wstęp zapłaciłam 1200 forintów (ok. 15 zł) i naprawdę to był dobry ruch. Widoki pewnie te same, co z dolnego pokładu, ale ilość ludzi nieporównywalnie mniejsza. To pozwala na powolny spacer bez przeciskania się, wybranie miejsca na najlepsze kadry i kontemplację samej budowli. No i dodatkowo dostajemy możliwość oglądania tego przecudnego dachu kościoła z uprzywilejowanej perspektywy.

Baszta Rybacka w Budapeszcie

Widok na Parlament z Baszty Rybackiej, Budapeszt

Historycy nie są zgodni co do pochodzenia nazwy tej budowli, więc i ja nie będę tu podbijać tych spekulacji. Wystarczy mi fakt, że czułam się tym miejscem zauroczona. Baszta została też doceniona przez UNESCO, które wraz z całym Wzgórzem Zamkowym i nabrzeżem Dunaju wciągnęło ją na listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego. No a widok na Parlament… sama popatrz.

Plac Zamkowy

Udając się z baszty w lewo, uliczkami dochodzę do Placu Zamkowego. Ponieważ godziny mi się kurczą w zastraszającym tempie, chwilę uwagi poświęcam tylko na obejrzenie ogólnych widoków zamku i ogrodów, wraz z przepiękna, kutą w metalu bramą. Obok bramy widzę Turula – mitycznego ptaka Węgier, który w legendach wiązany jest z pochodzeniem narodu węgierskiego i jego przybyciem do Europy.

Budapeszt, Turul i brama zamkowa

Nad Turulem chwilkę się pochylę, bo to bardzo ciekawy obiekt. W XX wieku Turula wykorzystywali faszyści jako symbol działań antysemickich, porównując go tym samym do czarnego orła III Rzeszy. Po wojnie zaś nastąpiła prawdziwa żonglerka symbolu z rak do rąk kolejnych politycznych ugrupowań. Ostatecznie jednak zawłaszczony został przez partie prawicowe, z ich radykalnie narodowym odłamem na czele. Teraz zaś Turula trochę skomercjalizowano, umieszczając go na koszulkach i gadżetach. Jego wizerunek można było również oglądać na jednej z węgierskich monet.

Turul i brama zamkowa. Budapeszt

Spod bramy oglądam piękny widok na most łańcuchowy i postanawiam zejść schodami w jego kierunku.

Most łańcuchowy w Budapeszcie

Dłuuuugi spacer pod Węgierski Parlament

Jako fanka wszelkich hydrobudowli, na spacer mostem łańcuchowym miałam wielką ochotę. Niestety most jest obecnie (lato 2023) w remoncie. Nie zostawiono choćby jednego chodnika, aby mogli przechadzać się nim turyści. Udałam się więc wzdłuż nabrzeża do kolejnej przeprawy nad Dunajem, którą dostrzegłam z oddali. Był to most Małgorzaty. Długi na 607 m i szeroki na 24 m. Wyobrażasz sobie te rozmiary? Budowla jest gigantyczna, a przy tym sprawia wrażenie lekkości. No i pierwszy raz w życiu szłam mostem, którego konstrukcja jest „łamana”, a to dzięki temu, że w połowie swojej długości opiera się na wyspie Małgorzaty. To umożliwiło lekką zmianę kierunku. Uważam to za ciekawostkę co w zestawieniu z urodą tej konstrukcji sprawiło, że nie żałowałam dodatkowych kilometrów.

Parlament

Budynek parlamentu wybudowano na przełomie XIX i XX w. stylu neogotyckim. Wikipedia podaje, że w budowie brało udział 1000 osób i użyto do konstrukcji 40 milionów cegieł, 40 kilogramów złota i pół miliona kamieni szlachetnych. Zwłaszcza te dwa ostatnie punkty miałam nadzieję zaobserwować bliżej, jednak w tym dniu wszystkie bilety dla zwiedzających były już wyprzedane. To mój największy zawód z tego dnia i jednocześnie mocne postanowienie, że muszę pojechać tam znów. Jednak oględziny budynku z każdej strony też dostarczają niezłych emocji.

Budynek Parlament Węgierskiego w Budapeszcie

Najpiękniejszy i najbardziej okazały widok na budynek jest od strony Dunaju, ale i od pozostałych stron ilość detali, kolumn, podcieni, balkoników jest taki ogrom, że można dostać oczopląsu. Zdaje się, że nie tylko mi budynek kojarzy się z Hogartem. To porównanie słyszałam też z ust przypadkowo mijanych ludzi na tych przestronnych placach.

Budapeszt parlament

Parlament od strony Dunaju

Budynek Parlementu Węgierskiego w Budapeszcie

Najstarsze metro w kontynentalnej Europie

Osobisty zawód z powodu wyprzedanych biletów zrekompensowałam sobie zejściem do zabytkowego metra. Aby to uczynić, musiałam jeszcze przebić się przez dzielnice okazałych kamienic, które były bliźniaczo podobne do naszych, wrocławskich. Po pokonaniu prawie dwóch kilometrów mogłam wreszcie na skrzyżowaniu ruchliwych ulic zejść do stacji Octagon.

Pierwsza linia została wybudowana w 1896 roku i podobno większość ze stacji tej linii wygląda do dziś w niemal niezmienionej formie. Jest to linia żółta i umiejscowiona jest tylko pod peszteńską częścią miasta. To znaczy, że nie przechodzi pod Dunajem.

Stacje metra są wykafelkowane białą ceramiką, a na każdym z peronów ustawiona jest drewniana budka, z której bileter sprzedaje bilety. Oczywiście są tu obecne również automaty biletowe, jednak pan bileter cieszył się niebywałym powodzeniem. Można się u poczuć rzeczywiście jak sto lat temu.

Stacja linii numer 2  Budapeszcie

Pociąg jeździ niemal co minutę i za każdym razem żółte wagoniki wydają się być wypełnione ludźmi po brzegi. Ponieważ jednak auto pozostawione było na drugim brzegu rzeki, nie mogłam skorzystać z tej formy transportu. Jednak bycie tam, na dole, choćby przez chwilę, było jak poruszanie się wehikułem czasu.

Podsumowanie

Moja wizyta na Węgrzech – pierwsza w moim życiu – zupełnie nie miała być nastawiona na zwiedzanie. Tak się jednak szczęśliwie złożyło, że udało się wygospodarować dwa niepełne dni na zobaczenie przecudnych miejsc. Budapeszt nie zostawił mnie obojętną i choć zazwyczaj ponad wielkomiejskie klimaty przedkładam bycie w bardziej kameralnych miejscach, to jednak jestem zdecydowana przyjechać tu ponownie. Tym razem na dłużej. Dokładniej wtedy wszystko zaplanuję, włączając w to wcześniejszą rezerwację biletów do największych atrakcji.

Bardzo miłym zaskoczeniem natomiast okazała się wizyta w maleńkim Szentendre, które opisywałam już wcześniej. Na tę wycieczkę pokazaną moimi oczami również serdecznie Cię zapraszam.

Może Ci się spodoba również:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *