Hala Gąsienicowa latem tonie w kwiatach

Za każdym razem, gdy wrzucałam na fejsa relację zdjęciową z ostatnio odbytej podróży, odzywał się chór koleżanek z pytaniem, czemu nie dałam znać wcześniej, bo one też właśnie chciałyby się tam ze mną wybrać. Gdy więc w moich zamiarach turystycznych pojawiła się Hala Gąsienicowa, podzieliłam się ze światem propozycją wspólnego wyjazdu. Jednak wtedy wszystkie koleżanki zapadły się pod ziemię. Pojechałam więc w te Tatry sama. I teraz wiem, że jest to do ogarnięcia i że nie ma się czego bać. Wszystko pod warunkiem, że się nie będzie kozaczyć.

W Tatry jeżdżę dość często. Czasem kilka razy do roku. Uwielbiam tatrzańskie doliny wiosną, gdy kwitną krokusy, a zaraz potem kaczeńce. W wakacje – wiadomo, że łatwo nie jest – Tatry są tłumnie odwiedzane przez turystów, ale można znaleźć mniej uczęszczane, jednak tak samo piękne szlaki. Tym razem jednak chciałam zobaczyć Dolinę Gąsienicową w okresie kwitnienia wierzbówki kiprzycy.

Od pomysłu do realizacji

Na Hali byłam już w przeszłości kilkukrotnie. Wiedziałam więc, że jeżeli tylko nie będę się wypuszczać na Orlą Perć i pozostanę na wysokości Czarnego Stawu Gąsienicowego, szlak jest do ogarnięcia nawet w pojedynkę. Nie będzie łańcuchów ani przepaści. Nie będzie niczego, co może mi zagrażać. Pozostało więc zrobić szybki plan i sprawdzić możliwości noclegowe.

Na przygotowanie podróży mam niespełna tydzień. Dzwonię do schroniska Murowaniec i na ostatni weekend wakacji rezerwuję nocleg w trzyosobowym pokoju (dwa miejsca były już uprzednio wykupione przez dwie inne turystki). Nocleg poprzedzający wyjście w góry bukuję w Chochołowie. Tę wieś uważam za najlepszą bazę wypadową podczas każdego mojego wyjazdu w Tatry – po pierwsze, dlatego, że mieszka tam moja rodzina, po drugie – mam gwarancję znalezienia wolnego pokoju nawet w szczycie sezonu.

Dla rozbudzenia apetytu wstawiam jedno tylko zdjęcie tej wsi. Jednak poświęcę jej cały osobny wpis, bo miejscowość zasługuje na osobne miejsce na tym blogu.

Chochołów - drewniana wieś na Podhalu

Z Zakopanego do Kuźnic

W sobotę wstaję o piątej rano. Jem śniadanie, przygotowuję prowiant i autobusem ok. 6.00 ruszam z Chochołowa do Zakopanego. Tam, nieopodal dworca autobusowego namierzam stanowisko busów organizujących podwózki turystów na parkingi przy wyjściach na ważniejsze tatrzańskie szlaki. Moje wyjście rozpoczyna się w Kuźnicach, tuż przy dolnej stacji kolejki na Kasprowy Wierch. Szybko zajmuję miejsce w busiku. Opłacam przejazd i już w ciągu kilku minut pojazd pnie się krętą ulicą w górę przez świerkowy las. Pomimo wczesnej pory, bus jest prawie pełny. Nie ma jednak obawy, że się ugrzęźnie w mieście – samochody odjeżdżają ze stanowiska co parę minut.

Po kilkudziesięciu minutach jestem już na parkingu w Kuźnicach. Opłacam bilet wstępu do Tatrzańskiego Parku Narodowego i praktycznie mogę rozpoczynać wędrówkę. Kątem oka rejestruję jedynie, że kolejka do wyciągu nawet w tym momencie jest już długa. Nic się więc w tej kwestii nie zmienia od lat.

Żółtym szlakiem w lewo

Zostawiam stację wyciągu po prawej stronie i udaję się w lewo szeroką szutrową drogą wzdłuż potoku. Mijam kilka drewnianych chat i po około 250 metrach napotykam na rozwidlenie szlaków. Niebieski na wprost wiedzie przez Boczań, żółty odbija w prawo i prowadzi Doliną Jaworzynki. Obydwa spotkają się na górze, na Przełęczy Między Kopami. Chwilę się waham, który z nich wybrać. Wnikliwie studiuję papierową mapę. Patrzę na dynamikę podejść. Wiadomo, przyjechałam się tu trochę zmachać, ale też mam świadomość, że jestem sama, więc nie mogę sobie pozwolić na wysiłek, który przekroczy moje możliwości i rozłoży mnie na łopatki.

Z nieba spada mi pan Wojtek – psycholog z Warszawy, który również stoi na rozdrożu i duma, którą drogę wybrać. Mój nowo poznany towarzysz wybiera się tego dnia na Zawrat. Po przeanalizowaniu wszystkich „za i przeciw” dochodzimy do wniosku, że żółty jest lepszą opcją na wejście, bo jego znacząca część jest w cieniu drzew. Postanawiamy, że do Hali pójdziemy razem. Rozstaniemy się zaś przy Czarnym Stawie Gąsienicowym, gdzie ja zostanę na resztę dnia, on zaś pogna dalej w góry.

Dolina Jaworzynki

Skręcamy więc w prawo w Dolinę Jaworzynki. W dolinie powinien płynąć potok zwany właśnie Jaworzynką, jednak trafiamy tam w suchym roku, w którym niewiele było opadów. Koryto rzeczki jest więc niemal całkowicie wyschnięte. W początkowym odcinku szlaku idziemy jednak przez rozległe łąki i pastwiska, które w porannym chłodzie otulone są jeszcze poranną mgłą. Bardzo malowniczo to wygląda.

Dolina Jaworzynki, Kuźnice, początek żółtego szlaku

Na tym etapie jest jeszcze płasko. Na naszej drodze kładą się długie cienie mijanych świerków. Jest spokojnie, bajecznie. Powietrze jeszcze nie faluje od gorąca, ale już wibruje dźwiękami milionów maleńkich owadów. Na szlaku wyprzedzają nas nieliczni turyści.

Dolina Jaworzynki w Tatrach Polskich

Chwile później szlak skręca w prawo i tu zaczynają się schody. I to dosłowne. Droga zaczyna intensywnie piąć się w górę. Dość szybko wychodzą moje niedostatki w dbaniu o własną kondycję. Wysiadam po pierwszych kilkudziesięciu metrach i muszę odpoczywać dłuższą chwilę. Postanawiam, że będę wchodzić powoli. Zrobię dwieście kroków i odsapnę. Potem kolejne dwieście i znowu złapię oddech. Skupienie się na liczeniu kroków sprawia, że ta metoda pokonywania zadyszki i słabości własnych mięśni okazuje się skuteczna. Przy tym kącie nachylenia terenu nie wyobrażam sobie, abym wchodziła szybciej. Mówię do Pana Wojtka, że może iść dalej sam, bo będę szła wolniej niż oczekiwałam. Jednak mój towarzysz zdaje się to akceptować. Idziemy powoli i kolejno wyprzedzają nas grupki młodzieży i bardziej wprawionych turystów.

Po godzinie wychodzimy z lasu i zauważamy pierwszy widok na odległe postrzępione szczyty. Zatrzymujemy się tu na dłuższą chwilę i pochłaniamy dużą część prowiantu.

Zygzakiem na Przełęcz Między Kopami

Po wyjściu z lasu odczuwamy, że temperatura powietrza znacznie wzrosła. Posuwamy się więc krok za krokiem jeszcze ostrożniej. Droga jest poprowadzona w taki sposób, że każdy się tu czuje bezpiecznie. Jej szerokość pozwala na swobodne mijanki z tymi, którzy pędzą szybciej lub wracają już z góry. Na jej brzegach, na większych kamolach przysiadają inni turyści. My również przysiadamy na kilka minut.

Ścieżka zaczyna trawersować. Z niepokojem wpatruję się w odcinek powyżej i próbuję ocenić, ile zakrętów jeszcze przed nami. Pan Wojtek przeczuwa, jakie batalie właśnie odbywają się w mojej głowie, więc wyciąga rękę, aby pomóc mi wstać i szybko rozpoczyna nowy temat rozmowy. Idziemy. Pocimy się. Przepiękne widoki rozpościerające się teraz po obu stronach szlaku wydają się być marnym pocieszeniem. Rzut oka na mapę trochę mnie jednak uspokaja. Za chwilę to wymagające podejście powinno się skończyć.

Wreszcie upragniona hala Gąsienicowa

Tak też się dzieje. Po kilku chwilach trafiamy na wypłaszczenie terenu. Ścieżka nawet zaczyna lekko opadać. Mijamy ostatnie krzewy kosodrzewiny oraz kilka skarłowaciałych sosen i tuż za ostatnim zakrętem otwiera się ona – królowa tej wyprawy – Hala Gąsienicowa.

Objawiła się dokładnie tak, jak to sobie wyobrażałam – cała skąpana w jaskrawo różowych kwiatach. Jest końcówka sierpnia i właśnie kończy się kwitnienie wierzbówki kiprzycy, głównego powodu, dla którego jestem właśnie teraz i właśnie tutaj. Żadne z tatrzańskich zakątków nie wygląda teraz piękniej niż to.

Wierzbówka kiprzyca

Rzutem na taśmę zdążyłam obejrzeć całe łany tej ślicznej rośliny w tak pięknej okolicy. Kwiaty rosną na całym Podhalu. Pamiętam je jeszcze z dzieciństwa, gdy z rodzicami odwiedzałam moją tatrzańską rodzinę. Potem zaczęłam dostrzegać ją wszędzie, w całych Sudetach i w moim najbliższym otoczeniu. Nigdzie jednak nie występuje w takiej masie, ani w tak pięknym otoczeniu.

Wierzbówka kiprzyca w pełni kwitnienia

Wierzbówka należy do tzw. roślin księżycowych, to znaczy takich, których kwiaty nie zamykają się po zmierzchu. Pięknie odbijają światło księżyca, o czym miałam okazję przekonać się po raz pierwszy w życiu, gdy wieczorem wybrałam się na obejście schroniska dookoła.

Jedna ze słowiańskich legend mówi, że w trudnych czasach, gdy bólem, cierpieniem i wszelkiego typu chorobami ludzie musieli odkupić swoje ciężkie grzechy, tylko jedna bogini zechciała przyjść ludziom z pomocą. Była nią prześliczna bogini nocy Kupalnica. Pewnego dnia pojawiła się na niebie. Nad udręczoną ziemię przybyła siedząc na księżycu i rozrzuciła nasiona życiodajnych i leczniczych roślin. Jedną z pierwszych roślin, która wzeszła, była właśnie wierzbówka kiprzyca.

Z Murowańca nad Czarny Staw Gąsienicowy

W Murowańcu zawsze jest gwarno. Schronisko stoi na puncie styku kilku szlaków. Zajmujemy więc jeden ze stolików, który się właśnie zwolnił i stajemy w długiej kolejce do baru. Kolejka na szczęście topnieje dość szybko. Gorący bigos – jaki by nie był – smakuje wybornie po takim wysiłku. Chcę się zameldować w schronisku i pobrać klucz od pokoju. Jestem jednak zbyt wcześnie. Mam znowu przyjść dopiero po 15-tej.

Pozostały mi więc prawie cztery godziny. Postanawiam udać się nad Czarny Staw Gąsienicowy – piękne miejsce, również doskonale mi znane z wcześniejszych wypraw. W tym miejscu nasze drogi się rozchodzą. Ja wiem, że osiągnęłam najwyższy punkt i zarazem cel mojej wędrówki. Pan Wojtek zaś zdeterminowany jest, aby jeszcze dziś wdrapać się na Zawrat, przejść kawałek Orlej Perci i zejść do Doliny Pięciu Stawów. Wymieniamy adresy oraz uprzejmości.

Zasiadam na wielkim kamieniu przy początkowym miejscu niecki Czarnego Stawu. Przez dłuższą chwilę rozglądam się dookoła i lustruję ciekawe rośliny przy szlaku. Choć to miejsce znajduje się jedynie odrobinę wyżej od Murowańca, tutaj kwiaty wierzbówki jeszcze niczym nie zapowiadają przekwitania.

Kwitną też obficie goryczki trojeściowe. Jest tu ich naprawdę sporo. Roślina jest trująca i podobno niesamowicie gorzka w smaku. Nie zjadają jej więc zwierzęta. Zapewniając sobie taką nietykalność, bylina rozprzestrzeniła się tu w sposób swobodny, wypełniając każdą lukę między kamieniami.

Czarny  Staw Gąsienicowy

Goryczka trojeściowa

Pora na sjestę

Reszta dnia należy do mnie, jednak napływające grupki hałaśliwych turystów sprawiają, że szybko opuszczam swój kamień i postanawiam obejść staw dokąd się tylko da. Widzę, że po jego przeciwnej stronie szlak odbija mocno w górę. Zauważam jednak, że jest tam zaledwie parę osób. To daje mi nadzieję na odpoczynek w ciszy.

Szlak wokół Czarnego Stawu Gąsienicowego

Udaję się więc kamienną ścieżką wzdłuż linii brzegowej stawu, mając lustro wody cały czas po swojej prawej ręce. Droga zaczyna się nieznacznie unosić. Z góry zauważam kilka kameralnych, naturalnie utworzonych niecek. Niestety wszystkie z nich zostały już zajęte przez wtulone w siebie pary lub dziewczyny podróżujące jak ja – w pojedynkę. Cierpliwie jednak idę dalej, robiąc po drodze dziesiątki zdjęć. Zauroczona okolicą omal nie przegapiam swojego wymarzonego miejsca – swojej kwatery na cudowny wypoczynek. Miejsce to objawia się niemal w idealnym miejscu – na znacznym podwyższeniu, niemal dokładnie na przeciwko miejsca, w którym siedziałam na kamieniu jeszcze pół godziny temu w otoczeniu gęstniejącego tłumu. Tu zaś jestem absolutnie sama, ze słońcem za plecami i w absolutnej ciszy.

Czarny Staw Gąsienicowy

Na trawie, na niewielkim wypłaszczeniu rozciągam ręcznik, który mam w plecaku, a na nim rozciągam swoje zmęczone ciało. Zdejmuję buty, wydobywam z plecaka kawałki drożdżowego ciasta, termos z piciem oraz książkę. „Tu spędzę najbliższe trzy godziny” – tak brzmiał plan! Po tym czasie mam zamiar zawrócić na nocleg do Murowańca.

Czarny Staw Gąsienicowy - relaks z książką

Trochę więc czytałam, trochę spod przymkniętych powiek przysłuchuję się odgłosom turystycznych butów na ścieżce powyżej mojej bazy. W pewnym momencie z tego błogostanu wyrywa mnie grzmot. Znak że burza nieopodal, a burza pośród gołych skał to nic dobrego. Zbieram więc szybko rzeczy do plecaka. Zakładam traperki na nogi i gnam z powrotem do schroniska, na którego próg docieram w pierwszych strugach deszczu.

Powrót do Zakopanego

Następny dzień wita mnie słońcem. Wstaję wcześnie i nim na dobre zapełnią się łazienki, biorę szybki prysznic. W schroniskowej stołówce jestem jeszcze zanim obsługa otworzy kuchnię. Nic nie szkodzi, ja mam czas. W rogu jadalni stoi termos z wrzątkiem. Robię sobie herbatę w blaszanym kubku i wyciągam książkę. Szykuję sobie też kanapki na drogę ze składników, które wciąż miałam w plecaku. O siódmej otwiera się wreszcie okienko baru i zamawiam pyszną jajecznicę.

Na szlaku zjawiam się znowu przed ósmą. A wraz ze mną tylko pojedyncze osoby, które również spały w Murowańcu lub w chatach sąsiadujących ze schroniskiem. Przysiadam pod okapem jednej z nich i robię jeszcze kilka fotek, aby na pewno zapamiętać ten widok na zawsze.

Poranek na Hali Gąsienicowej

Powoli opuszczam Halę i idę w kierunku Przełęczy pomiędzy kopami. Ponieważ na przełęczy stoi sporo drewnianych ławek i widok jest oszałamiający, postanawiam tutaj zjeść przygotowany prowiant i poczytać mapę. Muszę postanowić, którą drogę wybrać na powrót: żółty szlak, którym przybyłam tu wczoraj, czy też odważyć się i zejść niebieskim.

Układ poziomic na mapie pokazał, że niebieska trasa powinna być bardzo widokowa. Wybieram więc tę właśnie i się nie zawodzę. Krajobrazy wiszące u moich nóg są rzeczywiście niesamowite. Po prawej widzę wschodnie krańce Tatr. Przed sobą w dole Kuźnice i Zakopane. Po prawej zaś co jakiś czas w przecinkach pomiędzy drzewami widzę Dolinę Jaworzynki i Giewont w pełnej krasie. Pójście tą drogą to był dobry wybór.

Hala Gąsienicowa - widok z niebieskiego szlaku

I choć odległość, którą pokonuję, jest podobna do tej z wczoraj, spadek drogi wydaje mi się łagodniejszy. To może znaczyć, że podejście dla tych, co idą pod górę też jest bardziej łaskawe. Choć może to tylko złudzenie…

Powoli zmieniają się piętra roślinne. Wokół mnie jest coraz więcej kosówki, chwilę później wchodzę znowu do świerkowego lasu. Po trzech godzinach od wyjścia ze schroniska ponad inne odgłosy wybija się głośny szum strumienia. Znaczy, że jestem już na powrót w Kuźnicach. Trochę zbyt wcześnie, by wracać do Zakopanego. Zwiedzam więc wioskę, która okazuje się ciekawa, pełna drewnianych, zabytkowych zabudowań. Odwiedzam też plenerową wystawę poświęconą działającej tu sto lat temu szkole dla dobrze wychowanych panien. Bardzo ciekawa ekspozycja.

Ten nieplanowany spacer po miejscowości zajmuje mi kolejne półtorej godziny i mam poczucie, że naprawdę nie mogę z tego wyjazdu wycisnąć już nic więcej. Wsiadam więc do busika i za dwadzieścia minut znowu jestem na ulicach głośnego miasta.

Hala Gąsienicowa z zakwitniętymi łanami wierzbówki kiprzycy

Podsumowanie

  1. Próbując zarezerwować nocleg ze strony Murowańca, okazuje się, że wszystkie noclegi są wykupione. Mam więc szansę spać jedynie na podłodze. Gdy jednak dzwonię na recepcję schroniska, pani mówi, że kilka miejsc się zwolniło. To oznacza, że za nocleg zapłacę drożej, ale nie muszę targać na plecach śpiwora ani karimaty (za pościel trzeba dodatkowo zapłacić)
  2. Pierwszy raz testuję metodę liczenia kroków przy stromym podejściu: dwieście kroków – dwie minuty odpoczynku. I tak dalej. Metoda pozwala mi uspokoić oddech i pokonać nawet rudne wzniesienia.
  3. Do programu wycieczki koniecznie trzeba wciągnąć spacer po Kuźnicach. Wieś jest ciekawa, malownicza i całkowicie wolna od tłumów.
  4. Na tę trasę trzeba zabrać dużo wody. Dwie duże butelki picia to optymalna ilość dla jednej osoby.
  5. Na tym szlaku nie ma łańcuchów ani przepaści blisko ścieżki. Jest wiele miejsc, w których możesz odpocząć, nie blokując przejście innym osobom.
  6. Na trasie nie ma toalet. Ostatnie są w Kuźnicach na parkingu. Potem dopiero w schronisku na Hali Gąsienicowej.
  7. Oba szlaki prowadzące na Halę Gąsienicową (żółty i niebieski) są popularne i bezpieczne dla samotnej podróżniczki. Miniesz na trasie wiele osób.
  8. Aby zobaczyć kwitnące łany wierzbówki kiprzycy, na Halę trzeba wybrać się w lipcu lub sierpniu.

Na koniec jeszcze mapka i profil wysokościowy podejścia:

Mapa szlaku na Halę Gąsienicową.
Profil wysokościowy podejścia na halę Gąsienicową

Jeśli podobał Ci się ten wpis, powiedz o nim znajomym. Obejrzyj również relacje z innych moich wycieczek po Polsce.

Może Ci się spodoba również:

1 komentarz

  1. […] w Dolinie Chochołowskiej Hala Gąsienicowa w sierpniu […]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *