No i zleciał ten miesiąc tak szybko, że ledwo się człowiek obrócił, a już jesień na pełnym gazie. Szczególnie po tej powodzi bardzo wyraźnie to widać. Ogród został całkowicie zalany, rośliny przyduszone, całkowicie obumarła lawenda, ale i inne krzewinki też dostały wciry. I po tej wodzie wszystko pokazuje już wyraźnie, że nie ma siły się zebrać do rośnięcia od nowa. Że już dosyć, trzeba się szykować do zimy.
Tym bardziej cieszę się, że będę mogła teraz więcej sił i czasu przerzucić na czytanie, słuchanie i oglądanie filmów, na rozkoszowanie się wieczorami pod kocykiem i w cieple rozpalonego kominka. Po raz kolejny więc zabieram Cię w miejsca, w których czuję się dobrze. Może i Ty znajdziesz tam coś wartego uwagi, co zatrzyma Cię na dłużej.
INSPIRACJA: podróżnicze miejsce w necie
Nie wiem, ile lat ma Aleksander Małachowski znany w sieci jako Hashtagalek, ale jest młody i niesamowicie utalentowany. Jest fotografem i ja go znam szczególnie od strony fotografii mobilnej, czyli robionej smartfonem. Jest ekspertem Samsunga i wyciska z tego sprzętu naprawdę samo dobro. Znam różnych artystów, śledzę ich i im kibicuję. Ale to, w jaki sposób widzi świat Hashtagalek, naprawdę wychodzi poza wszelkie kategorie.
Gdy czasem oglądam jego zdjęcia na obserwowanych przez mnie profilach, czytam w opiniach i komentarzach, że zarzuca się mu nadmierną ingerencję w stan rzeczywisty. Że zbyt intensywnie majstruje przy kolorach. I rzeczywiście Alek to robi – bawi się suwakami, zmienia perspektywę i proporcje, łamie kolory, podciąga jedne, wytłumia inne… Jednak mi to wcale nie przeszkadza. Nic a nic! Wręcz lubię oglądać obiekty (niektóre z nich odwiedziałam osobiście, więc mogę mieć porównanie) widziane oczami Hashtagalka.
Alek fotografuje głównie architekturę i pejzaże miast. Zafascynowany jest Wes Andersonem (reżyserem m.in. filmu „Grand Budapest Hotel”). Tę fascynację od razu podkreśla, gdy tylko znajdzie obiekt, budynek, podwórko lub cokolwiek, co można choć w części przypiąć do tego estetyki reżysera.
Ma profile w każdym medium, ale ja obserwuję głównie ten na FB, choć i czasem rolki z Instagrama mi się wyświetlą.
Warto obejrzeć też jego zdjęcia Warszawy zrobione w ramach testu Samsungiem Galaxy S23. To jest naprawdę sztos!

/Zdjęcie: Hashtagalek/
INSPIRACJA: książka
Daniel Kehlmann miał trzydzieści lat, gdy pisał tę książkę. I ja naprawdę nie wiem, skąd się bierze taki umysł w tak młodym wieku, który tak głeboko widzi świat. A do tego jeszcze ten humor…
Odkrywam tę książkę drugi raz. Czasem myślę sobie, że życie jest zbyt krótkie, aby czytać książki dwukrotnie. I bez tego czuję jego (tego życia) nerwowy oddech na karku i jestem w lekkim stresie, że nie zdążę przeczytać wszystkich tych interesujących rzeczy, jeśli nie będe miała okazji dożyć setki. Nie wydaje mi się więc, aby często mi się zdarzało wracać do jakiejś lektury po raz któryś (wyjątkiem są oczywiście „Dzieci z Bullerbyn”, które czytałam chyba z siedem razy, a także „Hobbit” – nie pamiętam już, ile razy).
Ale wracając do „Rachuby świata” – czytam ją drugi raz, bo odkryłam, że tę samą książkę, tyle że w oryginale, ma w swoim księgozbiorze Jens. Wpadliśmy więc na pomysł, że możemy sobie tę powieść przeczytać jeszcze raz, razem – czytając naprzemiennie, akapit po polsku, drugi akapit po niemiecku. A że znam niemiecki, a Jens coraz lepiej śmiga po polsku, mamy okazję porównać i ocenić polskie tłumaczenie tej lektury. I musze przyznać, że tłumaczenie jest perwszorzędne – niezwykle wierne, a przy tym nic nie traci na urodzie języka.

Książka opowiada historię dwóch naukowców: Humboldta (podróżnika i geografa) i Gaussa (tego od krzywej Gaussa). Jeden uwielbia podróże i w ten sposób mierzy i opisuje świat, drugiego nie można wyciągnąć z domu, ale mierzenie i liczenie to również jego domena. Jedyną podróżą tego drugiego jest podróż do granic wiedzy i obserwacja, jak ta granica wciąż się odsuwa w bliżej nieokreśloną przestrzeń.
Historie obu panów przeplatają się w książce i trzeba zachować troche uważności, aby się połapać, która przygoda jest udziałem którego naukowca. I muszę to powidzieć, że to trochę sieje zamęt. Nie czuję się tym jednak zmęczona. Ot, po prostu muszę być trochę bardziej uważna… Zachwycił mnie natomiast humor autora. To książka przy której naprawdę śmieję się w głos, a gdy czytamy tę książkę we dwoje, to już w ogóle. No i świadomość, że opisywane w książce wydarzenia działy się zaledwie 150 lat temu daje poczuć, jak szybko pędzimy w naszym rozwoju technicznym. To zachwyca i przeraża jednocześnie.
Wiem, że na podstawie książki nakręcono film. Muszę koniecznie obejrzeć, zwłaszcza, że część scen kręcono w moim ukochanym Görlitz.
INSPIRACJA: film
Pamiętasz być może, jak miesiąc temu opowiadałam o książce „Świat według T.s. Spiveta”? No, to dobra wiadomość jest taka, że tę świetną powieść zekranizowano. Dowiedziałam się o tym od mojej koleżanki Marty i w te pędy udałam się do Youtuba, aby ten film obejrzeć. Był jednak tak gęsto poprzetykany reklamami, że utrącił na starcie całą przyjemność oglądania. Następnym moim krokiem była więc strona CDA.PL, na której wypożyczyłam wirtualnie film i obejrzałam w całości – tym razem już bez reklam.
A w filmie oczywiście intrygująca historia małego chłopaczka, który ucieka z domu i przemierza USA, aby odebrać nagrodę w konkursie dla dorosłych wynalazców – historia nie tylko pięknie opowiedziana, ale również fantastycznie sfotografowana. Plenery filmowe zapadną Ci w pamięć na wieki, uwierz mi.
W rolę T.s. Spiveta wchodzi Kyle Cattlet – nazwisko niewiele mi mówi, ale jestem przekonana, że jeszcze o nim nie raz usłyszymy. Mamę gra natomiast Helena Bonham Carter, a to już jest jakby gwarancja, że lipy nie ma.

Reżyserowi zarzuca się w przypadku tego filmu zbytnie naśladowanie „Amelii”. I może rzeczywiście coś w tym jest. Też od razu miałam skojarzenia z „Amelią” i jej spacerem przez Paryż opowiedzianym przez grające tam ważną rolę didaskalia. I tu również ta sama, lub co najmniej podobna konwencja, tyle że owe didaskalia wyskakują pod postacią rysunków i schematów. Uważam to za ciekawe i nie wnerwia mnie to, jak niektórych krytykujących i mówiących, że to ograny schemat. Polecam na jesienny wieczór. Świetny do oglądania razem z dzieciakami.
Zajawkę obejrzyj tu, ale po cały film idź do wirtualnej wypożyczalni.
