
Po Wenecji właściwie poruszam się już jak po Wrocławiu. Byłam tam już siedem razy – tak się w życiu złożyło… Wiem więc na czuja, w którym kierunku skręcić, aby dotrzeć do mostu Rialto, jak znaleźć znajomy kibel w jednym z podwórek – zawsze pachnący i lśniący czystością, gdzie zjeść najlepszą w mieście piadinę oraz które vaporetto złapać, aby dostać się na okoliczne wyspy. Ale być w Wenecji to jedno, a zobaczyć na własne oczy karnawał w Wenecji, to zupełnie inna sprawa.



Karnawał w Wenecji na szczycie moich podróżniczych marzeń
O czymś trzeba marzyć, aby czuć w życiu drive, który napędza do działania i sprawia, że chce Ci się spinać poślady, odkładać grocisze do skarbonki i podejmować trudy. Aby mieć naprawdę mocne wrażenia i kolorowe wspomnienia, te trudy i spiny muszą czasem trochę zaboleć, ale zawsze jest coś za coś… („Jest napięcie, jest zabawa” – tak mógł rzec wieki temu sam Allesandro Volta, choć czy tak rzeczywiście powiedział nigdy się nie dowiemy, bo dyktafon wynaleziono długo po jego wygibasach przy elektroskopie.)
W każdym razie ja snuję marzenia nieustająco. Do każdego z marzeń podchodzę mniej więcej z tą samą energią i o każdym z nich myślę, że jest tak samo możliwe do ogarnięcia. Na niektóre jedynie trzeba dłużej poczekać i otworzyć oczy na pojawiające się możliwości.
Tak było też z Wenecją. Karnawał w Wenecji długo leżał sobie na półce z planami, aż ktoś podesłał link do relacji z tej imprezy i nagle mnie lśniło, że w zasadzie to ja też zawsze chciałam tam być tej porze roku. Więc może by tak teraz… Wprawdzie wiele uprzedzających opinii słyszałam na ten temat: a to że koszt udziału w tej imprezie jest wysoki, a to że trudno dojechać, że koszt noclegu przyprawia o omdlenie i że tłumy przeokropne. Postanowiłam jednak to wszystko sprawdzić w praktyce – zweryfikować, czy rzeczywiście to może być w zasięgu mojego skromnego portfela, i czy naprawdę pomimo tłumów można zasmakować w tym czarodziejskim klimacie i nastroju.






Organizacja dojazdu
Najtańsza opcja, to prawie zawsze samolot. Rzecz w tym, że nie ma takich połączeń, aby dostać się tam o świcie, a wrócić wieczorem. A na nocleg w hotelu, nawet w najdalszych zakamarkach miasta w porze karnawału, nie byłoby mnie stać, bo tam naprawdę w grę wchodzą duuuuuże kwoty. Więc skoro nocleg w luksusach był poza moim zasięgiem, być może nocleg daleki od luksusów byłby bardziej osiągalny. Sprawdziłam więc wszelkie połączenia autobusowe pomiędzy Wrocławiem a Wenecją. Mam na szczęście tę właściwość, że mogę spać w każdych warunkach i w każdej pozycji, niezależnie do tego, jakie jest natężenie hałasu i czy trzęsie, czy nie trzęsie. Obojętnie, byleby mi tylko zimno nie było. Postawiłam więc na dwie noce w przestrzeni autobusów. Ryzykowna opcja, ale chciałam spróbować.


Najtańszą ze wszystkich możliwości był kurs autobusem Flixbusa. Wykupiłam bilety z tygodniowym wyprzedzeniem. Trzeba było się wykazać uważnością przy rezerwacji – zwłaszcza kursu powrotnego, aby się dni nie popierniczyły. Wszak w jednym kierunku jedzie się ponad dwadzieścia godzin.
Moja podróż wyglądała więc tak:
- pociąg Świdnica – Wrocław
- autobus Wrocław – Katowice (Flixbus)
- autobus Katowice – Mestre (Flixbus)
- pociąg Mestre – Wenecja
W drugą stronę dokądnie tym samym śladem.



Do wyboru było kilka kursów o różnych godzinach i różnym czasie przejazdu. Ze względu, że to miał być jednak nocleg, a cały dzień miałam przeznaczyć na zwiedzanie, wybrałam kurs startujący z WRO ok. 14,00. Wtedy w Wenecji miałam być przed siódmą rano. To dokładnie to, co było mi potrzebne. W drogę powrotną ruszyłam za to tuż po ósmej wieczorem, aby na Śląsku zakotwiczyć późnym popołudniem kolejnego dnia. Mam nadzieję, że nadążasz…

Spanie w autobusie
Ja wiem, że spanie w trzęsącym i skrzypiącym autobusie to nie jest szczyt podróżniczych marzeń i że niektóre z Was nie wybrażają sobie wypoczynku bez czystej pościeli i gorącego prysznica. Ale jak mówiłam – rachunek za spanie w Wenecji wyraża się w tysiącach, zwłaszcza, gdy podróży nie organizuje się z rocznym wyprzedzeniem. Ta niewygoda to był więc mój wkład w spełnienie mojego marzenia.

Spakowałam więc w plecak niegruby polarowy kocyk. Mam też dmuchaną poduszkę, która w takich warunkach bardzo podnosi komfort jazdy. Nie wiem, jak jest teraz, ale podczas mojej trasy autobus nie był szczególnie obłożony. Spytałam więc pana kierowcy, czy mogę rozciągnąć swoje długaśne ciało na wszystkich czterech siedzeniach. Nie miał nic przeciwko temu. Całą drogę spałam więc wygodnie, w pozycji horyzontalnej, przykryta kocykiem, z wiszącym tyłkiem nad przejściem między rzędami.
W moim plecaku zawsze są też BEZŁASKI – miękkie, elastyczne balerinki, które sobie kiedyś uszyłam i niebawem wprowadzę do FrouFrouKowej oferty. To absolutny mus i wierzę, że też je pokochasz, bo nie zajmują wiele miejsca, są wygodne jak skarpetki, a i kierowca nie piszczy z rozpaczy na myśl, że mogłabyś na siedzenie rzucić nogi w zimowym obuwiu. Bo o komforcie jazdy przez tyle godzin w ciężkich butach na nogach wspominać chyba nie trzeba.

No i to chyba tyle o samej jeździe. Kocyk, poduszka i bezłaski – ważna rzecz. Warto też zabukować miejsce zaraz za kierowcą, jeśli to możliwe. Wtedy, nawet gdy twoje ciało będzie wisieć (jak moje) nad przejściem między rzędami, połowa autobusu nie będzie musiała skakać przez Twoje biodra, gdy będzie im się chciało iść na siku.
Aaaa, no i prowiant w plecaku również jest ważny. W końcu to jednak dwadzieścia godzin – nawet jeśli większość tego czasu prześpisz.


Zanim dotrzesz na Piazza san Marco…
Autbus Flixbusa dojeżdża w zasadzie do centrum Mestre. Końcowy przystanek jest zaledwie 200-300 metrów od dworca kolejowego. Stąd pociągi do Wenecji odjeżdżają dosłownie co kilka minut. Sam kurs trwa również niedługo. Może kwadrans. Bilety kupisz w kasie dworca – obsługa odbywa się sprawnie i nie trzeba znać języków. Wystarczy powiedzieć „Wenecja”, „Venice” albo „Wenedig” i przytknąć kartę płatniczą do czytnika. Na peronach dostępne są też biletomaty. Podobno bilet można kupić też u konduktora (kontrola odbędzie się na bank) – ale ponieważ jazda jest tak krótka, ja wolałam sobie oszczędzić stresu. Ty zaś sama zdecydujesz, która opcja jest najwygodniejsza dla Ciebie.


Dworzec w Wenecji znajduje się niemal na przeciwległym końcu miasta w stosunku do Placu św. Marka. To ładnych parę kilometrów. Można ten dystans przebyć wodnym tramwajem (vaporetto) – to najtańsza i najszybsza opcja. Ale ponieważ miałam przed sobą cały dzień i stęskniłam się za weneckimi widokami, postanowiłam przekulać się przez całe miasto na piechotę.
Rozkład jazdy sprawdzisz i bilet kupisz tu:
Zagubione dokumenty
Niestety swój spacer musiałam zacząć od posterunku weneckiej policji. Wszystko to przez to, że w środku nocy, w autobusie, gdzieś mniej więcej w połowie Austrii zorientowałam się, że dowód osobisty to ja mam, ale niestety nie w plecaku, a na stole w moim świdnickim mieszkaniu. Przypadkowo poznany w autbusie młody Norweg, z którym razem siedząc przez początkową część trasy, wymieniłam dużo, naprawdę dużo zdań, podpowiedział mi, że on też przeżył kiedyś podobną przygodę. Również – jak ja – zostawił w domu dokumenty. Rozwiązał tę sytuację tak, że udał się na policję i zgłosił zagubienie paszportu.
Poszłam więc jego przykładem i odnalazłam pierwszy lepszy posterunek. Nie wiem, jak ci Włosi to robią i skąd rekrutują tych wszystkich karabinierów, ale oni (ci policjanci) zawsze wyglądają tak, jakby właśnie urwali się z imprezy Chippendalesów. Lub z wyborów Mister International. Mnie obsługiwał tak przystojny funkcjonariusz, że aż nieśmiało przemknęło mi przez myśl, iż w sumie nie miałabym nic przeciwko temu, gdyby mnie zechciał tam aresztować ten pan. Kwalifikacja czynu nie była jednak wystarczająca. Musiałabym się bardziej postarać i nawywijać trochę więcej w tej Wenecji.
Koniec końców dostałam od pana Alessandro jakiś dokument upoważniający mnie do przekraczania granic w drodze powrotnej. Gdy okazało się, że nie jestem przestępcą, a na powrót jestem legalną obywatelką UE, mogłam spokojnie wrócić nad Weneckie kanały. Uffff… Minęłam się w drzwiach ze Statuą Wolności i znów znalazłam się na osłonecznionej ulicy.

Nareszcie karnawał…
Rozentuzjazmowana rozpoczęłam powolną wędrówkę labiryntem uliczek. Wiedziałam, że większość artystów będzie się kręciła w pobliżu placu św. Marka. Zależało mi, aby znaleźć się tam, zanim zjadą się do Wenecji wszystkie jednodniowe wycieczki. I udało się! Pierwsze zdjęcia nielicznym jeszcze wtedy przebierańcom wykonałam tuż przed dziewiątą. A oni – jeszcze niezmęczeni ani nieznudzeni, chętnie pozowali, obracali twarze do obiektywu, wyginali ciała w wymyślnych pozach, prezentowali detale strojów i przebogate rekwizyty.

Przy czym wszystko odbywało się w taki sposób, jakby się wcześniej umówili, że nie będą sobie wchodzić w drogę. Byli jak korony drzew w gęstym lesie, które wiedzą, że gdy zbliżą się zbytnio do siebie, pierwszy lepszy wiatr narobi im szkód łamiąc gałęzie. Zadrzyj kiedyś głowę w lesie złożonym z drzew w podobnym wieku i gatunku, i zobacz, jak to cudnie wygląda. Dla zaspokojenia ciekawości, odsyłam Cię do książki „Sekretne życie drzew” lub do tego artykułu:
No, to w tej Wenecji organizacja festiwalu wyglądała bardzo podobnie. Każdy z aktorów miał jakby swój kawałek nieba. Swój pomnik, swój fragment schodków, swój mostek, swoje drzwi, ławkę, element podcienia. To dawało komfort gościom i fotografom, ale też chyba i samym przebierańcom. Każdy z odwiedzających miał doskonałe warunki na to, aby poczuć się artystą. Mógł upolować niespotykane, wyjątkowe, idealne zdjęcia. Takie na miarę wielkiego marzenia właśnie.



Ucieczka do Alta Acqua
Sprawa zdjęć zaczęła się odrobinę komplikować, gdy na plac świętego Marka wkroczyły setki, a może i tysiące ludzi, którzy dotarli tu autobusami wycieczkowymi. Takich jednodniowych wycieczek organizowanych przez biura podróży jest całkiem sporo. Można w nich naprawdę przebierać. Rzecz w tym, że posuwanie się uliczkami w takich tłumach nie jest przyjemne. Zdecydowałam się więc na ucieczkę w boczne rewiry, przerwę na pizzę na jednym z placyków oraz wizytę w księgarni Alta Acqua. O tej księgarni napiszę niebawem osobny post. Trzymaj mnie za słowo…
I to się akurat dobrze złożyło, bo z dala od centrum tych przebierańców było również wielu – w niezliczonej ilości miejsc, w zaskakujących sytuacjach.


Przez moment przebiegło mi przez myśl, aby wsiąść w wodny tramwaj i śmignąć na Burano, aby zobaczyć, czy znajdę ich również tam. Obawiałam się jednak, że mogę nie zdążyć na powrotny autobus. Zdecydowałam się więc pokonać dodatkowe kilometry i przemieścić się w okolice Bazyliki Santa Maria della Salute – tego przecudnej urody kościoła, który widać po przeciwnej stronie wielkiego Kanału, gdy stoi się tyłem do Pałacu Dożów. I okazało się, że te kilmetry również popłaciły. Turystów było tam niewielu, za to aktorów cała paleta.


Wieczorny rejs po Canale Grande
Zmęczona byłam już całodziennym łażeniem. Pozwoliłam więc sobie pokonać powrotną drogę na dworzec, wsiadając na pokład tramwaju. Oglądałaś może „Turystę” z Johnym Deepem i z Angeliną Jolie? No, to podążałam właśnie mniej więcej tym samym śladem, którym i oni w tym filmie jeździli – mijając te same ogrody i te same pałace. Tyle że nie wysiadałam z łodzi po drodze, a uroczy kamerdyner nie twierał mi drzwi do arcybogatych willi. Poza tym wszystko było to samo i do dziś nocne spojrzenie na Wenecję pozostaje mi w pamięci. I wciąz tak samo rozklejam się na to wspomnienie.


I to już koniec wycieczki…
Wybacz, że nie przytoczyłam tu ważnych faktów ani na temat Wenecji, ani w kwestii samego karnawału. Te możesz wyczytać wszędzie. Wspomnieć jedynie muszę, że w tym roku (2024) karnawał zaczyna się już dziś, czyli dokładnie w moje urodziny, a kończy się 13 lutego.
I ważna rzecz – chciałabym, żeby to wybrzmiało po tym artykule… Naprawdę ogarniesz sama wycieczkę do Wenecji w okresie karnawału, nawet gdy nie masz towarzystwa, ani wodospadu pieniędzy, ani nadmiaru odwagi… Nie będę ściemniać, że jest super-ekstra łatwo, ale dla takiego celu warto trochę pocierpieć. Za to wspomnienia z kategorii tych wielkich masz gwarantowane.
Dziewczyno, kobieto, koleżanko… Jeśli spodobł Ci się ten artykuł, ucieszę się, gdy postawisz mi kawę.
Poczytaj też innych moich wycieczkach i wyjazdach do Włoch.
A na absolutne zakończenie zamieszczam wszystkie te zdjęcia, które nie zmieściły mi się w tekście.












Wenecja w 2025 roku zachowuje ślady fortyfikacji, jak Forte Sant’Andrea na wyspie Vignole. Zbudowane w XVI wieku, chroniły lagunę przed Turkami. Wstęp (5 euro) obejmuje wycieczki z przewodnikiem. Murazzi na Lido, kamienne wały, broniły przed sztormami. W 2025 roku forty organizują wystawy o militarnej historii (wstęp 3 euro). Choć mniej znane, oferują widoki na lagunę i ciszę. Dla miłośników historii wojskowości to szansa na odkrycie mniej turystycznej strony Wenecji, która była fortecą morską.
Dziękuję za te informacje. Sama nie wiedziałam o takich możliwościach, choć była a Wenecji już tyle razy 🙂 I najpewniej będę chciała to zobaczyć, gdy przyjadę następnym razem.