W Abbazia di Novacella wino smakuje wybornie

Jak już wspomniałam we  wpisie o Bressanone, nie bardzo kojarzę, na podstawie jakich przesłanek podjęłam decyzję, że pójdę do odległego od 3 km od centrum miasta – opactwa Novacella. Po prostu odnalazłam kierunek w telefonicznej nawigacji i zaczęłam iść. Jak Forest Gump. On też nie wiedział. Trochę mnie to niepokoi, gdy o tym myślę.

3 kilometry kwiatów

Drogę do opactwa można odbyć samochodem. Wiedzie tam dość ruchliwa ulica poprowadzona równolegle do autostrady A22. Bezpośrednio z dworca autobusowego w Bressanone (Brixen) odjeżdża też co pół godziny autobus nr 420. Ponieważ jednak odcinek nie jest długi, ja decyduję się iść piechotą.

Piesza ścieżka oznaczona jest bardzo przyzwoicie. Zresztą można obserwować grupki ludzi zmierzających w tym samym kierunku i zdać się na ich rozeznanie w terenie. To dość popularny kierunek spacerów dla turystów, ale i dla mieszkańców Bressanone. Po przekroczeniu rzeki Isarco szlak prowadzi początkowo mało uczęszczanymi uliczkami miasta. Idę pod prąd rzeki, mając ją cały czas po lewej stronie. Mijam wielorodzinne kamienice, nowocześniejsze bloki mieszkalne, w końcu budynki magazynowe i przemysłowe. Wraz z zanikiem miejskiej zabudowy, otwierają mi się widoki na ogrody i sady jabłkowe. Jest kwiecień, więc wiosna wyruszyła już z bloków startowych jakąś chwilę temu. Rozpościerają się więc przede mną żółte dywany rozkwitniętych mniszkowych łąk i białe ściany posadzonych jak pod linijkę jabłoni. Gdzieś na horyzoncie majaczą ośnieżone dolomickie szczyty.

Kwitnące sady jabłkowe w Dolomitach

Tych sadów jest tu naprawdę sporo. Wraz z szemrzącą rzeką na boku i przyprószonymi szczytami przed czołem – wszystko to tworzy trochę odrealniony obrazek. Pokonuję tak w tych idyllicznych warunkach około dwa kilometry. Na mapie w telefonie widzę, że niedługo z tej szutrowej ścieżki wyjdę na drogę asfaltową, którą dotarłabym tu, gdybym używała samochodu lub autobusu. Póki co jednak ukazuje się moim oczom taki oto obrazek. Ta wieża należy już do opactwa.

Opactwo Novacella

Ścieżka się kończy o wchodzę do Vahrn (włoska Varna). Maleńka miejscowość gminna ma tylko nieco ponad 4200 mieszkańców. Z każdej strony słyszę mowę niemiecką. Austriacy to 90 procent obywateli. Ale, co mnie zaciekawia, dla jednego procenta mieszkańców językiem ojczystym jest tu ladyński. To gratka dla filologów. Utrzymanie się tej odrębności językowej było możliwe tylko dzięki dużemu odizolowaniu ludzi mieszkających w dolomickich dolinach od reszty świata. Trochę szperam w internetach w poszukiwaniu informacji o tym języku i znajduję, że pewien kolekcjoner z Ostrowa Wlkp. ma w swoich zasobach „Małego księcia” tłumaczonego na ladyński. Nieźle…

Wracając do tematu tej wyprawy, idę chwilę tym asfaltem w stronę bramy. Oczy mi się śmieją i pomimo odczuwalnych już kilku kilometrów w nogach jest mi przyjemnie. Widok jest przepiękny. Znowu mam to mrowienie w karku i uczucie wdzięczności, że rządzący moimi podróżami przypadek przywiódł mnie ponownie w tak cudne miejsce. Gdyby nie to, że boję się narobić sobie obciachu, chyba zupełnie bym się tu rozkleiła, a tak szeptam tylko w powietrze słowo „dziękuję” i idę dalej… Mijam grupki ludzi popijających wino, przechodzę pod łukiem bramy i wkraczam na plac, który określiłabym „podzamczem”, gdyby rzecz dotyczyła zamku. Ale że jestem właśnie w klasztorze, nie mam pojęcia, jak nazywa się ta część.

Brama wejściowa do opactwa Novacella

Rotunda w Abbazia di Novacella

W każdym razie nastrój tu jest raczej wesoły i imprezowy. Zupełnie inny od tego, jakiego można by się spodziewać po sakralnych obiektach. Z placyku przed restauracją dobiega skoczna, jazzowa muzyka, ludzie śpiewają i przytupują, dzieciaki biegają. Wino się leje strumieniami. Alkoholowa fiesta trwa w najlepsze. Temat wina będzie mi się tu jeszcze przewijał kilka razy.

Brama wejściowa do opactwa Novacella

Kolejna brama

Kolejna brama wiedzie mnie na właściwy dziedziniec opactwa. Mam ochotę zwiedzić tu muzeum ze starą biblioteką, jako że moja miłość do bibliotek wciąż nie słabnie. Ale nic z tego, moja karta magnetyczna (czyli mój wszech-bilet do wszech muzeów) nie działa, nie chce otworzyć drucianej bramki, a wokół ani żywego ducha. Postanawiam się nie włamywać siłą i nie wywoływać międzynarodowej afery, choć nie jest mi w smak, że biblioteka przechodzi mi koło nosa. Za to w centrum placu stoi przepiękna Studnia Cudów, która trochę rekompensuje stratę. Altana studni jest ośmiokątna i namalowanych jest na niej siedem cudów świata i opactwo jako cud ósmy.

Główny dziedziniec opactwa Novacella

Brama z widokiem na Studnię Cudów

Dach altany studni cudów w opactwie Novacella

Odpoczywam sobie chwilę w cieniu tej studni i uzupełniam wodę w butelce. Jest tu taka cisza, że aż trudno uwierzyć w to, iż parę metrów stąd urządzają swoje popisy jazzowe orkiestry.

Wnętrze studni cudów w opactwie Novacella

Trzecia brama

W kącie dziedzińca dostrzegam kolejną łukową bramę. Oni naprawdę lubili tutaj stawiać te bramy. Przechodzę przez nią i wreszcie docieram do głównej świątyni opactwa – czyli do bazyliki mniejszej.

Bazylika mniejsza w opactwie Novacella

Na zdjęciach powieszonych w przedsionku widzę, jak nędznie wyglądały te obiekty po bombardowaniu w czasie II wojny światowej. Zresztą i wcześniej opactwo przechodziło wiele kryzysów. Raz było w rękach bawarskich, to znowu włoskich, austriackich i wreszcie znowu włoskich. Atakowano je w czasie wojen napoleońskich. Rozwiązywano je i pozbawiano przywilejów, potem znowu przywracano tu kościelny prymat.

Wchodzę do bazyliki. Wnętrze barokowe i – jak na barok przystało – przebogate, przezłote i wyrzeźbione do ostatniego kawalątka przestrzeni. Jednak po tym, co zobaczyłam w katedrze w Bressanone, trochę ubolewam, że ciężko będzie przebić tamte wrażenia. Prześlizguję się więc tylko wzrokiem po malowidłach, już bez wnikania w zawartą w nich symbolikę, i wychodzę z powrotem na dziedziniec, aby przez ostatnią bramę wejść na teren należącej do klasztoru winnicy.

Winnica Novacella

Winnica w kształcie podobnym do tego obecnego została tu utworzona w 1142 r., choć wykopaliska archeologiczne dowodzą, że krzewy winorośli uprawiane były w dolinie rzeki Isarco nawet 2500 lat temu. Ta winna fiesta, którą miałam okazję obserwować na pierwszym dziedzińcu, odbywa się więc w klasztornej winiarni, która jest jedną z najstarszych na świecie.

Winnica i klasztor Abbazia di Novacella

Kamienna ścieżka pnie się z górę. Nie ma tu żadnych znaków zakazujących wejścia, postanawiam sobie więc, że się tu trochę pokręcę. Chodzę sobie raz w jedną, raz w duga stronę. Nogi mi włażą już powoli nie-powiem-gdzie, ale krajobraz ciekawi mnie bardzo. Sprytnie sobie radzili zakonnicy z budową tarasów na tych stromych zboczach. Ciężko się je pokonuje nawet idąc powoli i uważnie. Szutrowe ścieżki wysypane wapiennym grysem mają takie nachylenie, że gdyby nie poręcze, jeździłabym tu, jak na stoku narciarskim. Nie czuję się zbyt bezpiecznie, postanawiam więc zmienić taktykę i chodzę teraz trawą wzdłuż rzędów winorośli. Robię tym sposobem więcej kroków, ale przynajmniej nie zjeżdżam na tyłku ze stromizny.

Widok na winnicę i opactwo Novacella

Chodzę sobie tymi alejkami zakosami, aż wreszcie trafiam pod wiatę. A tam, obok baniaka z wodą, stoi sobie wielka butla z winem – takim najprawdziwszym i najalkoholowszym. Kranik butli daje się łatwo odkręcić i na skuloną dłoń wylewa mi się trochę trunku. Jezusie, co to za przyjemność – takie zimne wino w gorącym dniu. Oblizuję palce, zanim mnie tu ktoś przydybie na tej partyzantce. Odwracam się na pięcie i zawracam tam, skąd przyszłam, czyli przez wszystkie trzy bramy na dziedziniec „podzamcza”, gdzie impreza wciąż trwa.

Abbazia di Novacella - w winnicy

Powrót do Bressanone

Jestem już tak zmęczona, że trochę zaczynam marzyć o autobusie, w który wsiądę i który zawiezie mnie prosto na dworzec w Bressanone. Nic z tego! Jest już późne popołudnie i busy nie jeżdżą teraz zbyt często. Musiałabym czekać ponad godzinę, a że tego czekania nie lubię, obchodzę dookoła maleńki placyk z bardzo romantycznymi zakątkami oraz starymi domami w stylu tyrolskim, i postanawiam wrócić do miasta na piechotę.

Varna - romantyczne zakątki miejscowości

Znowu więc mijam jabłkowe sady, ogrody, magazynowe budynki i nowoczesne osiedla. Ponownie przyjemnie mi szumi rzeka Isarco. Nabrzeże ma kilka łagodnych kamienistych zejść. Siadam na jednym z głazów, ściągam buty i moczę nogi w lodowatej wodzie. Choć to dopiero kwiecień, trochę osób się tutaj jednak kąpie. Zwłaszcza dzieciom temperatura rzeki w ogóle nie przeszkadza. Muszę się zmobilizować i wstać, aby pokonać ostatnie metry. Wreszcie po 3 kilometrach resztkami sił docieram do dworca autobusowego. Stamtąd kierowca zawiezie mnie w pobliże mojego pensjonatu. Wracam zmachana na maksa, ale zadowolona z tego, co zobaczyłam i posmakowałam. Chyba kumam, dlaczego na tej zabytkowej studni opactwo uwiecznione zostało jako ten ósmy cud.

Jeśli spodobał Ci się wpis, zapraszam Cię do sklepu, abyś pooglądała sobie nowe plecaki. Plecak POCOMITO w zupełności obsłuży spacer taki, jak ten do opactwa Novacella i taki, jaki być może odbywasz na swoich wakacjach albo po najbliższej okolicy.

Może Ci się spodoba również:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *