Kościół ze szklanym dachem w Neratovie okazał się być świetnym wabikiem. Gdyby nie on, nie zobaczyłabym tego dnia barwnych, drewnianych wsi, przestronnej i słonecznej doliny Orlicy, rezerwatu torfowiskowego, zabawnych przystanków autobusowych… Tego wszystkiego możesz się więc spodziewać podczas tej jednodniowej wycieczki, w którą Cię dziś zabieram. Wyruszamy więc w Góry Orlickie. Gotowa?
Przystanek pierwszy: Zieleniec
Choć na wycieczkę wyruszam ze Świdnicy, dopiero w Zieleńcu robię pierwszy przystanek. Administracyjnie jest to obecnie część Dusznik, jednak nic nie chce tu potwierdzać tej przynależności. Miejscowość ma raczej wiejski charakter. Stoi tu jedynie kilka starych domów i wciąż rozbudowywanych ośrodków wypoczynkowych, luźno rozstawionych wzdłuż jedynej, wijącej się pośród wzgórz ulicy. Zimą miejscowość tętni życiem i jest dość zatłoczona, z racji prężnie działającej stacji narciarskiej. Wiosną, latem i jesienią jest tam jednak prawie pusto. Kilkoro ludzi spotykam jedynie przy kamiennym kościele z 1902 r., który jest najwyżej położonym kościołem w Sudetach. Zatrzymuję się tam, bo widok z łąki przy tym kościele jest zachwycający.

Przystanek drugi: Torfowisko pod Zieleńcem
Stąd już tylko krok, aby zobaczyć Torfowisko pod Zieleńcem – rezerwat przyrody, którego nie odwiedzić byłoby grzechem, gdy się już jest w tej okolicy. Podjeżdżam więc na wyraźnie oznaczony leśny parking i stamtąd szutrową drogą przez las ruszam na trasę. W zasadzie do samego rezerwatu wiedzie szlak wytyczony ścieżką ostro pod górę. Ja się jednak decyduję iść trasą rowerową, która jest może trochę dłuższa, ale za to dużo łagodniejsza i szersza.

Lubię być w tym miejscu wiosną, gdy kwitną storczyki. Łatwiej też wtedy dostrzec rosiczki – mięsożerne roślinki, które poza rejonem torfowisk można oglądać chyba jedynie w ogrodach botanicznych, tu zaś występują aż w trzech odmianach. Latem zaś torfowisko rozkwita tysiącem wełnianek. Dotychczas tylko raz w życiu udało mi się trafić na ten zachwycający festiwal bieli. Gdy tu trafiam obecnie, jest już po kwitnieniu. Mimo to postanawiam przejść się drewnianą kładką. Gęsta wysoka trawa ścieli się gęsto, ale pomiędzy kępami oraz w lesie, w kilku miejscach widzę czerwono-brunatną wodę wypływającą spod falującej darni. Wodę zabarwiają kwasy humusowe i nadają jej odczyn kwaśny (PH 3,8- 4,0). I choć nie wygląda na czystą, to z pewnej książki Jacka Pałkiewicza, którą przeczytałam dawno temu, wiem, że ta woda nadaje się do picia i ma wiele prozdrowotnych właściwości. Nie wiem jednak, czy bym zaryzykowała.
Rezerwat utworzono jeszcze za czasów, gdy Zieleniec (niem. Grunwald) leżał w granicach Niemiec i był to jeden z pierwszych obszarów ochrony przyrody, jaki powstał na terenie tego państwa. Wstęp do niego jest bezpłatny.
Przystanek trzeci: Nova Ves
Po opuszczeniu torfowiska postanawiam dojechać do Mostowic i tam przekraczam granicę z Republiką Czeską. Droga prowadzona jest łagodnymi zawijasami równolegle po obu stronach granicy. Pierwszy odcinek (Od Zieleńca do Mostowic) zapewnia rozległe, urzekające widoki na góry Bystrzyckie po polskiej stronie i Orlickie po stronie czeskiej. I choc po stronie polskiej jest pięknie i słonecznie, to przy pierwszej lepszej okazji, czyli w Mostowicach, przeskakuję na druga stronę granicy. Mam chrapkę pooglądać tam z bliska przepiękne orlickie wsie, pełne drewnianych, kolorowych domów, jak z bajki. Jak choćby ten, w biało czerwone pasy:


Lub ten z zielonymi drzwiami:

Tych domów jest tu zresztą więcej. Dużo, dużo więcej… A co jeden, to bardziej kolorowy i bajkowy. I gdybym tylko chciała się przy nich wszystkich zatrzymywać, nie zauważyłabym zupełnie, że jest tu w dolinie jeszcze jedna atrakcja. A są to przystanki autobusowe.
Zabawne przystanki autobusowe
Pierwszy z nich dostrzegłam zupełnie przypadkiem, gdy zatrzymałam się w miejscowości Nova Ves (Nowa Wieś), by sfotografować ten czerwony dom w paski. „Zastavka” dla pasażerów lokalnej linii autobusowej stoi tam nieopodal. To mała, niepozorna budka, która kryje w sobie kompletne wyposażenie w wypoczynkowe meble, stół, regały z książkami. Na parapecie stoi słoik z rozpuszczalną kawą i nieotwarta mięsna konserwa. Firaneczki w oknach i zwieszające się zewsząd sztuczne kwiaty dopełniają dzieła. Wygląda to wszystko, jakby ktoś prze momentem wyszedł z domu i miał wrócić za chwilę. Cudownie, prawda?


Drugi podobnych przystanek, z tym że zbudowany z półprzezroczystych płyt poliwęglanowych, od podłogi po sufit zastawiony regałami z przebogatą biblioteką, minęłam w drodze do Dobruski. Do dziś żałuję, że nie zrobiłam zdjęcia również tam. Jest jednak powód, aby odwiedzić to miejsce jeszcze raz i sprawdzić, czy podobnych przystanków jest tam więcej.
Punkt kulminacyjny: Kościół ze szklanym dachem w Neratovie
To tam zmierzam. I to właśnie ten kościół jest moim głównym celem na dziś. Nie pamiętam, gdzie i kiedy zobaczyłam zdjęcie tego kościoła i natychmiast wrzuciłam go na swoją listę podróżniczych marzeń. I oto stoję tu teraz. Jestem spokojna i szczęśliwa…
Neratov był onegdaj niewielką mieściną zamieszkałą głównie przez Niemców Sudeckich. Od siedemnastego wieku pielgrzymowało tu wielu ludzi, z zamiarem modlitwy u stóp drewnianej figurki Najświętszej Panienki, która podobno w cudowny sposób uzdrawiała chorych. Figurka stała początkowo w niewielkiej kaplicy. Potem wybudowano tu kościółek, który wkrótce też przestał być wystarczający na przyjmowanie rosnącej liczby pielgrzymujących. Wybudowano więc większy, barokowy kościół, w którym właśnie jestem. Świątynia jest potężna: ma 49 metrów długości, a jej sklepienia zawieszone są na wysokości 20 metrów.
Podczas wyzwalania Czechosłowacji, 10 maja 1945, na kościół spadł pocisk pancerny (podobno przypadkowo wystrzelony przez rosyjskiego żołnierza) i spowodował niemożliwy do ugaszenia pożar. Wkrótce potem Niemców wysiedlono i miejscowość zaczęła mocno podupadać. Kościół stał i niszczał, wystawiony na deszcze i srogie sudeckie zimy. Rozpatrywano nawet jego rozbiórkę, której jednak zaniechano z powodu braku funduszy.
Wybawicielem tego miejsca okazał się ksiądz Josef Suchár, który zaczął odprawiać nabożeństwa we wciąż pozbawionym dachu kościele. W międzyczasie (o co zabiegał zarówno ksiądz, jak i powstałe w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia Stowarzyszenie Neratov) wpisano obiekt na listę czeskiego Dziedzictwa Narodowego. Zaczęto zbierać fundusze i zdecydowano, że zamiast przywracać kościołowi pierwotny, barokowy wystrój, budynek zyska dach ze szkła.

Jedną z nielicznych dekoracji jest tu zachwycająca lekkością, współczesna szklana instalacja pełniąca rolę ołtarza.

Poza tymi nielicznymi artystycznymi akcentami, kościół jest w zasadzie pusty. Brak jest tu barokowych dekoracji, rzeźb czy sztukaterii, jakie zapewne były tu przez katastrofą. Ściany pozostają wciąż surowe, kamienne, pozbawione tynku i malowideł. Najmocniejszym jego punktem jest szklany prześwit w kształcie krzyża. Te niebanalną, wyśmienitą konstrukcję można podziwiać z dwóch poziomów: z posadzki kościoła oraz drewnianego pomostu, na który dostaję się krętymi schodami umieszczonymi w klatce schodowej jednej z wież, tuż przy samym wejściu.

Tym, co mnie tu uderza i zachwyca jednocześnie, jest niemal absolutna cisza. Oprócz mnie, spaceruje tu jeszcze kilkanaście osób. Jedyne co słyszę, to szept i odgłosy kroków. To sprzyja rozmyślaniu, kontemplacji i modlitwie. Kościół rozbrzmiewa głośno tylko podczas nabożeństw i koncertów. Chciałabym tu wtedy być.
Wychodzę z budynku i obchodzę go jeszcze z dwóch różnych stron. Wdrapuję się na niewielkie wzniesienie na tyłach świątyni, aby jeszcze raz – tym razem z zewnątrz – przyjrzeć się szklanej konstrukcji. Imponuje mi również front budowli wraz z szerokimi schodami.


Ostatni przystanek: Dobruška
Powoli i niechętnie opuszczam Neratov. Jest już jednak późne popołudnie, a do domu ponad sto kilometrów. Decyduję się nieznacznie dołożyć drogi i pojechać przez miasteczko Dobruška. Planowałam je odwiedzić już dawno i dopiero teraz okazało się, że jest zupełnie w zasięgu.
W odległości kilku kilometrów przed celem wita mnie stojący wśród pól renesansowy kościół cmentarny św. Ducha. Jest to otoczona kamiennym murem, absolutnie zachwycająca budowla. Warto podjechać w jej pobliże i pooglądać stare rzeźby i równie stare drzewa.


Zaś w samej Dobrusce parkuję tuż nieopodal rynku. Wiem, że zabawię tu tylko krótki czas. Urządzam więc sobie spokojny spacer po starówce. Kamienice rynku są niewysokie i niezbyt reprezentacyjne, aczkolwiek bardzo zadbane. Na ich tle wyróżnia się jedna – wyższa i przebogato zdobiona z napisem „U F. L. Veka”. Okazuje się, że miejscowości tej mieszkał František Vladislav Hek – czeski pisarz, kompozytor i działacz patriotyczny, który przyczynił się do wielkiego odrodzenia narodu czeskiego w XVIII i XIX wieku. Odszukuję jego dom rodzinny na tyłach rynku. Obecnie znajduje się w nim muzeum. Nie zwiedzam go jednak. Wystarcza mi podziwianie jego ciekawej bryły z zewnątrz.


Wracam do rynku, omiatam wzrokiem górująca nad starówką wieżę ratusza i spaceruję uliczkami, zataczając coraz szersze kręgi wokół rynku.

Wchodząc na Subertovo Namesti (Rynek Szuberta) odnajduję ciekawą budowlę, która po bliższym rozeznaniu okazuje się być dawną synagogą. Buszując po internetach (niestety już po wyjeździe z miasteczka) dowiaduję się, że mniejszość żydowska była tu dość znacząca, o czym świadczy nie tylko owa synagoga i sąsiadujące z nią budynki żydowskiej dzielnicy, ale też mykwa – jedno z niewielu na świecie, udostępnionych do zwiedzania pomieszczeń, które kiedyś służyło do rytualnego obmywania ciała. W niedalekiej okolicy można też odwiedzić żydowski cmentarz z macewami z XVII w. To jednak jest jeszcze przede mną i na pewno wrócę do tego miasteczka, choćby po to, aby przejść się śladem dobrusańskich Żydów.


Obecnie z domu rabina oraz w dawnej synagodze znajduje się muzeum miejskie. W odnowionych wnętrzach oglądam pamiątki po gminie żydowskiej oraz czasową wystawę patchworku, która mnie wciąga na dobre dwa kwadranse. To w końcu moja dziedzina.
Dobruska zachwyca swoim spokojem i klimatem i nie chce wypuścić ze swoich objęć. Zapuszczam się więc na dalszy, przedwieczorny spacer w wyżej położone uliczki. Zza płotu oglądam panoramę miasteczka i zabudowania rodzinnego browaru Rampušák. Przypominam sobie, że miałam okazję pić piwo z tego browaru podczas świdnickich targów piwa. Miłe jest to wspomnienie. Odwiedziny tego browaru byłyby gratką dla moich przyjaciół z grona domowych piwowarów.

Na zakończenie…
I to już wszystko. Dziękuję Ci, że chciałaś towarzyszyć mi w kolejnej wycieczce. Jeśli Ci się podobało, zapraszam Cię na inne czeskie spacery.
A po spacerze zachęcam Cię, abyś pobuszowała w naszym nowym sklepie, gdzie znajdziesz rzeczy, które powstały na kanwie moich osobistych wspomnień z podróży:
Miło mi też będzie, jeśli wyrazisz opinię o pomyśle wspólnego ze mną wędrowania – tu, pod tym wpisem lub na moim profilu na FB.

Dziękuję za ten artykuł.
Chcę zobaczyć te miejsca na żywo.
Szczególnie kościół, w którym patrzy się na niebo.
Dziękuję, że przeczytałaś ten artykuł. Daj znać, jakie były Twoje wrażenia 🙂