No i nie uda mi się zrobić stu wpisów na blogu do końca roku. Tak samo, jak nie uda mi się najprawdopodobniej pokazać Ci jeszcze w listopadzie kolejnych ciekawych cmentarzy, choć miałam to w planie. Zrobienie każdego wpisu kosztuje mnie ładnych kilka godzin pracy, a niestety listopad u mnie to już prawie grudzień, kiedy praktycznie każdą wolną chwilę spędzam w pracowni, szykując Wasze zamówienia. I mam wrażenie, że ile bym tych godzin pracy nie włożyła to i tak nigdy nie będzie wystarczająco.

Listopad niewiadomo kiedy się zaczął, a teraz już za moment się skończy. Też masz to wrażenie, że do wakacji to ten czas jakoś powoli się sączy, w miesiącach letnich gwałtownie przyspiesza, a potem wrzesień i paździenik w zasadzie nie stnieją i nagle budzimy się w środku zimy? Mi to dziwne odczuwanie czasu twarzyszy już któryś rok. Nie wiem, kto lub co mi wykrada te jesienne miesiące…
Ale do brzegu… czyli po listopadowe inspiracje:
INSPIRACJA: podróżnicze miejsce w necie
Tworząc tę kategorię, myślałam z początku, że poświęcę ją blogom podróżniczym, których czytam całkiem sporo. Ale przecież nie na blogach kończą się próby poznania danego miejsca czy kultury. Coraz częściej zachwycam się drobnymi pracowniami, warsztatami, studiami fotograficznymi, które podkreślają swoją regionalną przynależność i tożsamość. Lub które pokazują to coś, dla których warto zatrzymać się w tym pędzie przez życie.
Taką pracownię – „Atelier”, w samym sercu Nikiszowca prowadzi Grzegorz Chudy, śląski artysta malujący przepiękne akwarele, w których w zasadzie wszystko kręci się wokół Śląska. No i Beboków, czyli małych czarnych śląskich straszydełek, które w Grzegorzowo-Chudowym wydaniu są szalenie sympatyczne, sprytne i wesołe. Co mnie w tych akwarelach zachwyca, to bardzo spójny – stonowany, przydymiony i rozwodniony śląski krajobraz, na którego tle rozgrywają się kreślone wyraźniejszą kreską scenki. Ale żeby obejrzeć te scenki, musisz pofatygować się do pracowni, albo na interentowe strony Grzegorza Chudego.
Adres Atelier: Odrowążów 9/4, Katowice. Godziny otwarcia nie są oczywiste i trzeba je śledzić na stronie autora w zakładce Kontakt. I wiem, że gdy następnym razem będę na Nikiszowcu, to będę celować tak, aby drzwi Atelier zastać otwarte.
Odwiedź autora:

INSPIRACJA: książka
Bardzo lubię czytać reportaże z podróży do miejsc, do których chciałabym kiedyś pojechać. Ale wśród tych reportaży są i takie, po których przeczytaniu wiem, że nie chcę odwiedzić tego kraju, o którym właśnie przeczytałam. Taką antypolecajką są dla mnie „Lalki w ogniu” Pauliny Wilk.
Książka jest debiutem pisarskim autorki i jest naprawdę świetnie napisana. Język jest plastyczny, a opisywane miejsca i sytuacje nakreślone z mistrzowską precyzją. Jak Paulina pisze o kolorach i o zapachach, to rzeczywiście widzisz te kolory i czujesz te aromaty. A jak pisze o kobietach podpalanych przez członków rodziny, o bezwzględności braci, teściów i szwagrów, o obojętności matek i sióstr, o odwracaniu głowy od problemu przez policjantów, strażników i polityków, to rzeczywiście tam jesteś i cierpisz z tą głęboko, często nawet śmiertelnie poparzoną kobietą, jedziesz z nią do szpitala, albo i do kostnicy.
Ta zmowa milczenia rodzin i społeczności, aparatu państwa i instytucji, ale przede wszystkim te osobiste tragedie były dla mnie ciężkie do uniesienia. Dlatego – pomimo wielu interesujących aspektów kultury opisywanych w książce, pomimo barwnych haftów indyjskich sari, misternej architektury czy muzyki wycinanej na sitarach, nie…! nie pojadę do Indii. Tak jak najpewniej nie pojadę do Emiratów Arabskich – z podobnych względów. I tak, wiem, że świat jest pełen okrucieństw również w naszej szerokości geograficznej, to jednak są aspekty, które dotykają mnie bardziej, a inne mniej. A te z indyjskiej krainy dotknęły mnie do głębi.
Książkę Pauliny Wilk polecam – jak najbardziej – za piękny język i wnikliwe obserwacje, za barwne oddanie folkloru i głębokie przebadanie zawiłości społecznych. Natomiast wizytę w Indiach każdy sobie musi rozpatrzyć we własnym sumieniu.

INSPIRACJA: film
Dziś nie odeślę Cię do filmu w ścisłym znaczeniu tego słowa, a do teledysku. Tak, do teledysku czyli filmowej ilustracji do piosenki, na którą natknęłam się wieki temu. I jestem przekonana, że gdy tylko również Ty go obejrzysz, zauważysz, że nie jest taki sobie zwykły teledysk, jak tysiące innych podobnych filmików muzycznych.
Film powstał w 2009 r. i zaraz po tym został zgłoszony do wielu filmowych festiwali, gdzie – jak nietrudno się domyslić, powygrywał wiele nagród. Prezentowano go w Cannes, w Wiedniu i Los Angeles, był nominowany do nagród Grammy, triumfował w Tel Awiwie i w Stuttgarcie. Zaistniał też na Festiwalu Filmów Animowanych w Poznaniu.
Twórcą piosenki jest Oren Lavie – izraelski muzyk, kompozytor, piosenkarz, gitarzysta i reżyser teatralny. Z racji profesji wymienionej jako ostatnia, sam podjął się wyreżyserowania teledysku. Oren nie jest może szeroko rozpoznawalny w świecie muzyki – mogłaś usłyszeć wzmiankę o nim przy okazji promocji filmu „Opowieści z Narnii: Książę Kaspian”, do którego skomponował jedną z piosenek. Wydał też rewelacyjną, bardzo nastrojową płytę „Oposite side of the sea”, którą posiadam i lubię odtwarzać (zwłaszcza w długie chłoden wieczory). Płyta nie jest łatwa do dostania w Polsce i sama dostałam ja kiedyś od znajomego zza granicy. Jednak na Youtube jest w całości do odtworzenia, jeśli chciałabyś odnaleźć i posłuchać.
A wracając do teledysku: został on kręcony metodą poklatkową, czyli wykonano sekwencję kilku tysięcy zdjęć, które następnie puszczono w dużym tempie jedno po drugim, tworząc w ten sposób sprytną animację. Zdjęcia wykonywano ciurkiem w ciągu 48 godzin, aparatem umieszczonym na sztywnym statywie wiszącym nad materacem w pewnym pustym pokoju,w którym wszystko się rozgrywa. A co takiego tam się rozgrywa, zobaczysz idąc za tym linkiem:

Co ciekawe, w niedługim czasie po pierwszej publikacji filmu owarto galerię, w które prezentowano kadry teledysku. Kadry te były ponumerowane i można je było zakupić. Każdy był dostępny tylko w jednym jedyny egzemplarzu. Te kilkanaście lat temu marzyłam sobie, że jeden z nich stanie się moją własnością, a potem o tym zapomniałam i teraz galeria już nie istnieje. Jedynie na fejsukowym profilu galerii mozna zaobserwować, w jakie miejsca na świecie owe fotografie się rozeszły. To mi mówi po raz kolejny, że nie warto trzymać marzeń w kartonie, tylko trzeba iść po nie wtedy, kiedy powstaje na nie pomysł – ta pierwsza myśl, że chciałabym…
Jeśli chciałabyś zobaczyć, jak powstawał teledysk, obejrzyj krótką relację z tego, jak powstawał teledysk:
A jeśli spodobały Ci się listopadowe rekomendacje, może obejrzysz wcześniejsze:
A po aktualności z FrouFrouKowa zapraszam Cię na fejsa.
