Czasem zdarza się tak, że ćwiczysz ten język i ćwiczysz, wypisujesz słówka, notujesz zdania, powtarzasz słownictwo w myślach i zaczynasz już myśleć o sobie, że jest całkiem nie najgorzej… Aż tu nagle ktoś inny (najczęściej obcokrajowiec) zagaduje do Ciebie, a Ty… nic nie zrozumiałaś. Bo rozumienie ze słuchu to jak na razie wciąż Twoja pięta achillesowa.
Jeśli podczas samodzielnej nauki języka nie przykładasz zupełnie wagi do ćwiczenie rozumienia, jeśli masz złe nawyki wyrobione jeszcze w czasach szkoły, albo też gdy po prostu myślisz, że najpierw zakujesz trochę słówek, a rozumienie kiedyś samo się przytrafi, to jesteś na najlepszej drodze, aby się zniechęcić do dalszej pracy. Bo co jest niby motywującego w tym, że po miesiącach albo latach nauki, nadal nie rozumiesz nawet najprostszej wypowiedzi.

4 składowe języka
Już nie pamiętam, u którego z moich wirtualnych nauczycieli usłyszałam o czterech składowych języka obcego. Dwie składowe służą do odbierania przekazu: słuchanie i rozumienie. Dwie kolejne do produkowania wypowiedzi: pisanie i mówienie. Do dziś jestem wdzięczna, że usłyszałam to stwierdzenie na dość wczesnym etapie nauki mojego angielskiego. Bo najprawdopodobniej to zaważyło, że angielskiego uczyłam się zupełnie inaczej niż przed laty robiłam to z niemieckim. Inaczej, to znaczy bardziej efektywnie. I mogę z całym przekonaniem przyznać, że to stwierdzenie dało mi możliwość przestać się bać i zacząć rozmawiać w tym języku zaledwie nieco ponad rok po rozpoczęciu nauki.
Walka ze szkodliwymi przekonaniami
Uświadomiłam więc sobie, że nie pojadę w realizacji mojego marzenia o płynnym gadaniu po angielsku zbyt daleko, jeśli nie zadbam po równo o każdą z tych czterech działek. Jeśli będę jedynie czytać, ale nie będę słuchać. Jeśli będę tylko pisać, ale nie będę próbować się odzywać.
Tkwiłam jednak przy tezie, że to co umiem dotychczas, to zbyt mało, by wdawać się w jakieś konwersacje. Po pierwsze, nie miałam się do kogo odzywać, bo nikt mi w tym procesie nie towarzyszył. I myślałam, że aby z kimś rozmawiać, muszę już umieć naprawdę bardzo, bardzo dużo. Po drugie, tkwiłam w przekonaniu, że aby znaleźć kogoś do rozmowy, muszę zagadywać ludzi na ulicy. Że internet nie da mi takich możliwości. W krótkim czasie okazało się, że oba przekonania były błędne. Nie musze szukać nikogo, bo sytuacje sprzyjające rozmowie same mnie znajdywały, a sieć rozpościera cały wachlarz nowych możliwości na poznawanie ludzi, z którymi możesz trenować swoje umiejętności.
Ważnym dla mnie było też uzmysłowienie sobie, że mój (przyszły) rozmówca nie będzie robił mi egzaminu. Rozmowa to nie wyścig na ilość słów. To nie zawody w tym, kto mówi ładniej. Wystarczy znać naprawdę absolutne podstawy, aby wymienić z kimś pierwsze kilka zdań.
Otaczanie się językiem
W jakimś podcaście (też już dziś nie pamiętam, którym) padło sformułowanie „otocz się językiem, którego się uczysz”. Pomysł otoczenia się językiem bardzo przypadł mi do gustu. Wtedy też zachwyciłam się słowem „surround”. Dotarło wtedy do mnie po raz pierwszy w życiu, co znaczy określenie „dolby surround”. W sumie wychowałam się w epoce, gdy wszystko, co kojarzone było z wysoką jakością dźwięku, było „dolby surround”: płyty, filmy, kinowe seanse. „A więc to o to chodzi” – pomyślałam sobie. Idziesz do kina, a dźwięk cię zewsząd opływa.
Tę samą zasadę postanowiłam zastosować w swojej nauce. Puszczałam sobie piosenki i zaczęłam oglądać seriale komediowe. Codziennie rano odpalałam też dostępne na Youtube kolejne lekcje i podcasty po angielsku. W tym czasie dzień po dniu słuchałam już audycji Arleny Witt z kanału „Po cudzemu”. Dowiedziałam się od niej masy rzeczy i naprawdę to było świetne i bardzo, ale to bardzo ciekawe. Jednak jest to kanał prowadzony po polsku, a ja chciałam łapać powoli kontakt z prawdziwym, mówionym i żywym angielskim. Poszukałam więc przykładowych audycji prowadzonych tylko w tym języku. No i znalazłam…
Początki były koszmarne
Odpaliłam pierwszy z brzegu filmik. I… nie zrozumiałam nic. Ale to takie zupełne, spektakularne NIC. Ale ponieważ, gdy coś oglądasz w serwisie Youtube, algorytm w bocznym pasku podpowiada Ci kolejne filmy, którymi potencjalnie możesz być zainteresowana, poszłam więc za tym, wybrałam coś z bocznego menu i… znowu nie zrozumiałam nic.
Wiedziałam jednak, że nie wolno mi zrezygnować i że każdy, kto obecnie włada jakimś obcym językiem, był w pewnym momencie na tym samym etapie co ja. Przez kilka dni z rzędu zapuszczałam więc filmiki, z których odbierałam tylko zlewające-się-w-jedno-bełkotanie.
Po niedługim czasie (myślę, że gdzieś po około tygodniu) okazało się, że owo bełkotanie przestało mnie wnerwiać, a nawet zaczęło trochę intrygować, Krótko po tym, zaczęłam też rozróżniać, jaki nastrój mogą mieć zdania. Zaczęłam też wychwytywać i rozróżniać padające często słowa oraz te, które znałam wcześniej z piosenek. Jednocześnie odkryłam też, że mogę zrobić dwie sprytne rzeczy:
włączać angielskie podpisy (transkrypcje) pod filmikami
zaczęłam więc wybierać tylko takie filmiki, w których było to możliwe. Być może teraz jest już nawet tak, że można te podpisy włączyć pod każdym z filmów.
zatrzymywać filmik w odpowiednim momencie
… odpowiednim, to znaczy takim, gdy pojawiło się jakieś nowe słowo. Z początku wyglądało to więc tak, że zatrzymywałam audycje co trzy sekundy, bo wszystko wydawało mi się nowe. Robiłam więc „stop”, przepisywałam wyraz lub frazę do zeszytu i na koniec tłumaczyłam je w google translatorze. Gdy miałam wrażenie, ze przetłumaczyłam już spory kawałek audycji, puszczałam sobie fragment znowu, tym razem bez przerywania. Potem jeszcze raz i kolejny. Po kilku odsłuchaniach byłam gotowa, aby zrobić to raz jeszcze – tym razem już z wyłączonymi napisami.
Wiem wiem, to długi i żmudny proces, ale i niezawodna oraz skuteczna metoda. Zdarzało się, że wszystkie opisane tu zabiegi zajmowały mi pół godziny, a potem okazywało się, że były to tylko trzy minuty filmu. Jednak dla mnie był to sukces i zmiana jakości, bo wreszcie były to trzy minuty wypowiedzi w języku obcym, które byłam w stanie zrozumieć.
Audycje, które szczególnie polubiłam
Po cudzemu
Z samego początku, gdy tylko postanowiłam, że zacznę się uczyć angielskiego z Internetu, natknęłam się na Arlene Witt i na jej kanał „Po cudzemu”. Audycje prowadzone są po polsku, co zwłaszcza na początku jest dużym ułatwieniem, jednak wykorzystywane przez nią dla ilustracji zagadnień fragmenty filmów fabularnych i komedii są trudne do zrozumienia, i czasem niewiele z nich kumam. Bywa nawet, że nic kompletnie. Lubię jednak jej program ze względu na jej osobowość. Nauczyłam się z nich całkiem sporo rzeczy, które zapewne są w podręcznikach, ale tu podane są w ciekawej i łatwej do skonsumowania formie (np. zawiłości gramatyczne i wyjątki od reguł). Arlena wiele miejsca poświęca też wyjaśnianiu, co z czego się wzięło, z czego wywodzą się lub z czym się wiążą niektóre słowa. Świadomość istnienia takich połączeń bardzo pomaga, przynajmniej mi.
Marina Mogilko
Marina to Rosjanka, która mieszka na stałe w USA (bodajże w San Francisco) i uczy angielskiego po angielsku. Ja wiem, że jest wielu nauczycieli, którzy ja krytykują: że akcent nie za bardzo i że metody infantylne. Jednak to mój absolutny numer jeden, jeśli chodzi o nauczycieli języka. Jest młoda, dynamiczna, miło się na nią patrzy i sympatycznie się jej słucha. Wciąż potrafi mnie czymś zaskoczyć i, co najważniejsze, dobrze ją rozumiem. Nie było tak od początku, wiadomo. Ale przy niej wytrwałam najdłużej i odpalam jej filmy do dziś. Marina prowadzi kanał Lingua Marina. Zajrzyj do niej koniecznie.
Vanessa
Vanessa jest również Amerykanką i również prowadzi ciekawy kanał na Youtube: Speak English With Vanessa. Dziewczyna ma talent do nauczania. Wypowiada się w sposób prosty i zawsze dba, abym poprawnie ją zrozumiała. Lubię, naprawdę to doceniam, gdy ktoś tworzący swoje audycje robi to z myślą o mnie (czyli o uczniu). Nie gwiazdorzy, nie cwaniakuje, uśmiecha się urzekająco i w ogóle jest sympatyczna. No, uwielbiam… Dodatkowo prowadzi niektóre audycje razem ze swoim mężem lub którymś z przyjaciół. To urozmaica i uczy rozumieć żywą rozmowę.
Stephanie
Stephanie z kanału The English Coach nie dość, że nauczy Cię rozumieć, to jeszcze świetnie wytłumaczy gramatykę. To nauczycielka, ale taka, no wiesz… z powołania. Mówi w sposób wyraźny, więc na pewno zrozumiesz. Poza tym wszelkie zawiłości gramatyczne potrafi wytłumaczyć w taki sposób, że zaraz po tym rozjaśnia Ci się umysł i sama zechcesz ich używać. Zasubskrybowałam sobie jej newsletter. Kupiłam też od niej poradnik o angielskich czasach, który jak nic innego, rozjaśnił mi, jak mam sobie poradzić z tym cholernym Past perfect. Teraz już wszystko wiem i stosuję go niemal odruchowo.
Bob z Kanady
Bob jest jedynym facetem w tym zestawieniu, ale nie jedynym, którego lubię słuchać. Pochodzi z Kanady i tak samo, jak poprzednie dziewczyny, miał ze mną sporo lekcji. Prowadzi kanał Learn English With Bob i jest świetny w tłumaczeniu podstaw. Chwała mu za to, bo mam wrażenie, że nauczycieli w necie jest sporo, ale większość z nich poświęca swój czas i uwagę jednak bardziej zaawansowanym uczniom.
No, to chyba tyle tymczasem. Jeśli ciekawi Cię ten temat, śledź ten wątek w przyborniku. A już jutro opowiem Ci o mojej osobistej nauczycielce. Powspominam trochę… powiem, co nam się udało razem zrobić i osiągnąć, jak wyglądały lekcje, no i wyspowiadam się, jak to się stało, że się zdecydowałam na ten rodzaj nauki, mimo, że na samym początku postanowiłam sobie, że ja tu wszystko zrobię sama.
