Przesiewając w necie zdjęcia ciekawych miejsc i szukając pomysłów na wycieczkę w promieniu 100 km od domu, natknęłam się na pewną zachwycającą, wyglądającą jak domek z piernika konstrukcję. Był to drewniany, kryty dachem most w czeskim Nove Mesto nad Metuji (Nowe Miasto nad Metują). I wtedy przypomniał mi się mój szkolny kolega, znawca i miłośnik Czech, który rozprawiając o czeskich miejscowościach lubił przytaczać zdanie – że blisko naszej granicy możemy odwiedzać głównie dwa rodzaje miejscowości: jedne są położone „nad Nissou”, pozostałe zaś „nad Metuji”. Do dziś uśmiecham się na to wspomnienie.

Dziś więc zabieram Cię na spacer po miasteczku, które nie dość, że całe – w ogóle i w szczególe – na pewno Cię zachwyci, to jest na dodatek miastem partnerskim dla Dusznik-Zdroju.
Miasto powstało u schyłku średniowiecza. Było w przeważającej części drewniane. Niedługo potem strawił je pożar, ale zaraz odbudowano je na nowo – tym razem z kamienia i cegieł, w stylu renesansowym. Niemal od razu mieścinka była ważnym ośrodkiem targowym, z prawem do warzenia piwa i pobierania ceł. Jeśli chodzi o właścicieli, ci zmieniali się tu jak w kalejdoskopie. Kolejne nazwiska te niewiele nam powiedzą. Z bardziej znanych miejskich włodarzy należałoby może wymienić Albrechta von Wallensteina – typka, który był skuteczny w podbojach i bardzo nie lubił Śląska. A tę niechęć wyrażał poprzez plądrowanie i puszczanie z dymem wielu śląskich miast: Prudnik, Pszczynę, Bytom, Żory i wiele innych. Zasłynął też tym, że sprowadził do Żagania (gdzie też panował) Jana Keplera. Albrecht skończył jednak marnie, co mi w siłą wodospadu podsuwa pewne powiedzenie o karmie. Ale może na razie dość tych dygresji, zostawmy na boku Wallensteina i wracajmy do Nevego Mesta…
Malowniczy ryneczek z arkadami
Wjeżdżam do miasteczka od północy (docieram tu od strony przejścia granicznego Mieroszów/Mezimesti). Zostawiam auto w pochyłej uliczce tuż przed wjazdem do rynku. Po przejściu kilku kroków już się w nim znajduję i od razu bierze mnie wzrusz, że mogą istnieć takie miejsca, w których renesans może się mieć tak dobrze. Że rynek może być tak jednorodny, niepomieszany z innymi stylami. Tak wiem… Sandomierz też tak ma. I Zamość podobnie, jednak tamte miasta jeszcze przede mną. Na razie przechadzam się po rynku w Nove Mesto nad Metuji i zachwycam się ile wlezie. No, a co ja tam widzę?…
Po prawej ręce mam wielką białą fasadę kryjącą rząd kupieckich kamienic. Wszystkie one ubrane są górą w piękne attyki (fikuśne zwieńczenia ukrywające dachy), a dołem w równe jak od linijki arkady (łuki wsparte na ceglanych filarach). Jak się okaże nieco później, ciekawy jest również tył tych kamienic.


Pozostałe pierzeje rynku są równie urokliwe, choć kamieniczki pomalowano tam bardzo kolorowo i każda z nich jest jakby z innej parafii. W podcieniach działa mnóstwo sklepików i rzemieślniczych warsztatów. Jest też kilka kafejek, restauracji i hotel – jak to zwykle u Czechów. Mamy jednak niedzielę, więc wszystkie sklepiki zaknięte. Po środku stoją dwie rzeźby – kolumny. Postanawiam potem doczytać o ich symbolice. Albo i nie… Zaskakuje ilość aut zaparkowanych w rynku, choć gdy już poznaję bardziej topografię miasta, zauważam, że przejazd przez rynek jest tam nieunikniony – a to za sprawą głęboko wyrzeźbionej rzecznej doliny, która okrąża miasteczko aż z trzech stron. Centrum miasta leży w zakolu rzeki, zaś rynek znajduje się w najwyższej jego części.




Zamek w Nove Mesto nad Metuji
Zamek stoi w rogu rynku. Mijam białą pierzeję z podcieniami, przechodzę chodnikiem wzdłuż ładnie urządzonego trawniko-kwietnika i przechodzę przez most nad suchą fosą. Spod łukowej bramy widzę kwadratowy dziedziniec. Dziś nie decyduję się na zwiedzanie zamkowych wnętrz. Wabi mnie za to wystawa poświęcona czeskim velorexom – starym, fikuśnym pojazdom – pierdziawkom z dwusuwem, które zamiast blacharki miały brezent (a czasem skórę) rozciągnięty na stalowym szkielecie. Myślę, że ucieszyłabym się, gdybym mogła takim jeździć.


W przeciwległym rogu dziedzińca znajduję wejście na wieżę. I naprawdę warto się na nią wdrapać, bo widok na miasteczko i całą okolicę jest piękny. Z wieży widzę też tarasowe ogrody z drewnianym mostem, który u narodzin pomysłu na tę wycieczkę był najważniejszym jej punktem.


Tarasowe ogrody
Jak już wspominałam wcześniej, zupełnie odpuściłam sobie zamkowe wnętrza. Dopiero po powrocie do domu przekonałam się, jak wielki błąd popełniłam. Bo oprócz niekwestionowanych arcydzieł sztuki miałabym okazję zobaczyć obiekt urządzony według projektu Dusana Jurkovica,- tego samego architekta, który zaprojektował budynki na przełeczy Pustevny. Artykuł o budynkach Jurkovica na Pustevnach podlinkuję Ci na końcu artykułu i nie pomiń go, proszę, bo to rzecz, która jest najchętniej czytana na tym blogu. I mogę Cię zapewnić, że i Ciebie zauroczy.
Tak więc po zejściu z wieży od razu wkraczam w piękne ogrody, z mostem nad suchą fosą, który to most również zaprojektował ten genialny architekt.

Do ogrodu wchodzę przez łukowate przejście. Dłuższą chwilę zajmuje mi oglądanie górnego tarasu – chyba najbardziej kolorowego i pachnącego. Jest akurat pełnia lata i wszystko zdaje się być w pełnym rozkwicie. Oprócz kwiatów i tymiankowych łąk oglądam też przedziwne kamienne krasnale, których jest tu pełno. Siedzą na murkach przy elewacji i na tralkach tarasów – wszystkie patrzą w stronę, w którą się powoli kieruję, czyli do mostu.


Na dolne pokłady ogrodów można dostać się stromymi schodami ustawionymi w zmyślne mijanki tak, aby móc podziwiać idealnie przycięte żywopłoty, kwietne rabaty, cytrusowe drzewka w terakotowych donicach i szutrowe alejki zbiegające się u centralnej fontanny. I owszem, schodami schodzić można, ale jak biegałam po tym ogrodzie przeszło dwie godziny, nie widziałam nikogo, nikogusieńko, kto by sobie odmówił przyjemności zejścia pochyłym chodnikiem w brzuchu drewnianego, wspominanego już tu kilka razy mostu. I ta budowla, w moim mniemaniu, jest królem wszystkich drewnianych mostów, jakie dane mi było zobaczyć. W dodatku mostem projektu Dušana Jurkoviča, którego architektoniczne wyczyny pokochałam miłością absolutną. I kropka!

Budowla z zewnątrz pomalowana jest brązowym kolorem i ma białe detale. I ponieważ jej autorem był miłośnik i propagator kultury ludowej, taki też (ludowy, z wołoskimi wpływami) jest ogólny wyraz tej konstrukcji. Wewnątrz zaś jest ona jasna, lekka, kremowa. Ze środka, przez małe okna można spoglądać na zamek z ładnej, zielono-kwiatowej perspektywy. Most został wybudowany w 1911 r. w miejscu dawnej kładki nad fosą. Miał łączyć górne tarasy ogrodu z dolnymi i stanowić ochronę przed niepogodą. Stąd te szersze pawilony z ławeczkami w środku.


Dolne miasto i wąwóz Metuji
Gdy już temat ogrodowy wydaje się wyczerpany, wracam na rynek i zaglądam do barokowego kościoła. Zataczam też większe kręgi na tyłach ryneczku, gdzie odkrywam kolejne malownicze uliczki. Przechodzę przez kolejne bramy. Z tarasu przy jednej z nich widzę śliczną panoramę dolnej części miasta, a w niej starą, maleńką śluzę wodną – prawdopodobnie przy lokalnym młynie, choć nie wiem tego na pewno. Gdy jakiś czas później stoję przy tej tamie, widzę niewielkie stare turbiny i zębatki do regulacji poziomu wody. Czyli to może jednak jakaś stara, mała elektrownia? Klimat podwórza przy tym budynku, z drewnianym pomostem i śluzą, stawia mi przed oczami scenę z „Gwiezdnego pyłu”, w której Iga Cembrzyńska i Krzysztof Chamiec śpiewają „La cucaracha”. Długo nie mogę się rozstać z tym miejscem, ani z tym wspomnieniem. Mam prawdziwe skrzywienie na punkcie starych gratów, które dla innych są tylko bałaganem. Dla mnie zaś to gotowa scenografia do filmów, które z jakichś względów zapadły mi w serce.




Choć dotarłam tu na dół powykręcanymi, stopniowo opadającymi uliczkami, aby wejść z powrotem na górę, postanawiam podążać śladami pewnej pary, która idzie przede mną chodnikiem pośród skał i kieruje się właśnie do wysokich schodów. Zbocza stromej skarpy umocnione są dziwnie, ale i malowniczo, warstwami betonu i chyba jakiegoś lokalnego kamienia. Jest tu cieniście, a powietrze aż gęstnieje od wilgoci. Nic dziwnego, że to miejsce ulubiły sobie mchy, bluszcze i paprocie. To cudaczne miejsce robi naprawdę spore wrażenie, zupełnie jakby wędrowało się dnem tropikalnego wąwozu, choć pewnie z chwilą nadejścia pierwszych chłodów wrażenie tropików pryska jak bańka mydlana. Po pokonaniu pierdyliona stopni, łapiąc zadyszkę, wydostaję się znowu na słoneczną ulicę i dopadam samochodu. W środku czekają na mnie kanapki z roztopionym serem i woda podgrzana do 50 stopni, czyli zestaw marzeń każdego turysty. Mimo to uważam, że to jest bardzo dobrze spędzony dzień…


No, i to już koniec tej wycieczki. Mam nadzieję, że Ci się podoba ta relacja. Zgodnie z zapowiedzią, zapraszam Cię też do odwiedzenia ze mną przełęczy Pustevny. To znaczy ja już tam byłam, a Ciebie namawiam…
A jeśli uważasz, że dość już zwiedzania na dziś, pobuszuj trochę po sklepie i wybierz dla siebie podróżne kosmetyczki. Znajdziesz je tu:
… albo na Fejsie:
