Z racji tego, że do Poczdamu mam stosunkowo blisko (z Wrocławia ok. 360 km), w ciągu ostatnich lat bywam tam dość często. Miasto to okazywało się zawsze dobrym wyborem, gdy pojawiła się potrzeba większych estetycznych i turystycznych uniesień. A o wszelkiej maści uniesienia tam naprawdę nietrudno.

Decydując się na wizytę w tej lokalizacji, pamiętaj, że:
Poczdam to nie tylko Sanssouci
Oczywiście tego punktu w programie nie może zabraknąć. Pojechać do Poczdamu i nie zobaczyć tych pałaców i ogrodów to jak odwiedzić babcię i odmówić zjedzenia jej pierogów. Pewne rzeczy bez siebie nawzajem po prostu nie egzystują. Zwykle więc wycieczkę rozpoczynałam od zwiedzania tej przecudownej królewskiej rezydencji. A ponieważ już tylko w tym miejscu atrakcji jest tak wiele, okazywało się, że był to nie tylko pierwszy, ale jednocześnie ostatni punkt programu.

Jednak ostatnio, gdy odwiedzałam to miasto, postanowiłam mój własny plan wycieczki postawić nieco na głowie. I radzę to zrobić również Tobie. Tak więc:
Na śniadanie Cecilienhof

I to dosłownie w porze śniadania zamelduj się w pobliżu pałacu, gdzie w 1945 r. podczas konferencji obradowało trzech polityków: Churchill, Truman i Stalin. Bycie tam tak wcześnie ma kilka zalet. Parkingi w okolicy będą jeszcze w miarę luźne. Również sam park nie będzie przytłaczał hałaśliwym tłumem. Łatwo też będzie można dostać się do wnętrz. Ja jednak w planach miałam odwiedzenie również innych dzielnic, zwiedzanie muzeum sobie odpuściłam. Sama architektura z zewnątrz, przytulne zakątki parku i ogrodu oraz klimatyczne miejsca nad pięknie rozlewającą się rzeką Hawelą wystarczą, aby nakarmić się widokami i zapachami do woli.

Na obiad kawałek Holandii
Gdy tylko obejrzysz Cecilienhof, możesz przemieścić się w stronę centrum i choć na moment poczuć się, jak w Niderlandach. Dzielnica holenderska (Dutch Quarter) to zaledwie kilka ulic, ale tyle akurat wystarczy, aby móc się wczuć w klimat tej części miasta. Znajdziesz tu wszystko, czego się spodziewasz: gęsto upakowane domy z czerwonej cegły, charakterystyczne zwieńczenia dachów, dobrą infrastrukturę rowerową, niezasłonięte okna oraz drewniane okienice.


Niezwykle interesująca okazuje się historia utworzenia tej dzielnicy. Fryderyk Wilhelm I od dzieciństwa odwiedzał Holandię i czuł się w tym krajem naprawdę związany. Jednak oprócz sentymentów powodowały nim również względy praktyczne. Ten kawałek lądu należało osuszyć i nikt inny jak holenderscy budowniczowie nie nadawałby się do tego lepiej. Cesarz zdecydował się zastosować wobec konstruktorów kilka wabików. Obiecał im zwolnienie z podatków, obowiązku odbywania służby wojskowej i możliwość zamieszkania we własnych domach wybudowanych w stylu, w którym się wychowali. Niestety niewielu holendrów zdecydowało się w owym czasie dzielnicę zasiedlić. W większości domów zamieszkali w efekcie pruscy żołnierze.

Za to dziś duch Holandii jest tam bardzo wyczuwalny. Kultywuje się tam obecnie niektóre niderlandzkie tradycje – przynajmniej w tym kulturalnym i kulinarnym aspekcie. W każdej z licznych kafejek i restauracji spróbujesz holenderskich specjałów. Napijesz się regionalnego piwa i kupisz wyśmienite sery. Niezmiernie żałuję, że jeszcze nie udało mi się zobaczyć festiwalu tulipanów. Pierwsza połowa kwietnia – to dobry plan, aby w tej imprezie uczestniczyć.
Podwieczorek zaplanuj w Alexandrowce
Swojska wioseczka i owocowe sady w środku miasta? Tak, to możliwe w Poczdamie. I choć byłam tam jesienią, koniecznie muszę się tam wybrać również którejś wiosny. Drewniane domy z przebogatą, urzekającą snycerką muszą wyglądać bajecznie w otoczeniu kwitnących drzew. No i będzie świetna okazja połączyć to z tulipanami w dzielnicy Holendrów.
Jednak jesień też ma swoje zalety. Możesz usiąść na tyłach przypadkowo wybranej kawiarni, a do kawy dostaniesz jabłka przyniesione prosto z ogrodu.


Utworzone drewniane osiedle miało służyć rosyjskim śpiewakom żołnierskiego chóru. I ten artystyczny duch wciąż jest tu wyczuwalny. Choć domów jest zaledwie kilkanaście, znajdziecie tu galerie i sklepy z rękodziełem, a także ciekawe wystawy. Przy odrobinie szczęścia można uczestniczyć w plenerowych koncertach.



Popołudnie i wieczór w Sanssouci
Jednym popołudniem człowiek nie da rady się nasycić. To na pewno. Ale zakosztowanie rozległych planów i barokowego rysunku ogrodów i tak dostarczy wrażeń. Na listę punktów obowiązkowych wrzuć widok cesarskiej letniej rezydencji od strony fontanny. Święta geometria, imponujące schody, oranżerie… A do tego liczne rzeźby, niezwykle wypielęgnowane rośliny i właśnie poczujesz, że jesteś w ogrodowym raju.




Zostawiając za sobą główne obiekty królewskich rezydencji, możesz przemieścić się w kierunku domu ogrodnika i rzymskich łaźni. To mój ulubiony zakątek parku. Przez ten czas, gdy tam jestem, nawdycham się włoskiego klimatu, ile wlezie. Jeszcze nigdy nie udało mi się wejść do wnętrz. Bynajmniej nie z powodu, że jest to trudne. Po prostu gdybym chciała zwiedzać każdy obiekt, z pewnością zabrakłoby tygodnia.

Zaraz po łaźniach gnam do ziołowych ogrodów. Takiej ilości ziół i aromatycznych roślin jeszcze nie widzieliście. Można tam siedzieć godzinami o każdej porze dnia. Siedzenie zaleca się też i w nocy, ponieważ część rabat została skomponowana tak, aby odbijały światło księżyca i dodawały czaru romantycznym schadzkom. Nie wiem, nie sprawdzałam, ale wierzę tym obietnicom. Nie odpuszczam sobie za to zjedzenia jakiegoś prowiantu na którejś z ławek tuż przy lawendzie i rozmarynie.

Nowy Pałac
Niechętnie opuszczam aromatyczne zakątki, bo po raz pierwszy w życiu zapuścić się w tę część parku, gdzie stoi Nowy Pałac. Jak to się stało, że ja jeszcze go do tej pory nie widziałam, zupełnie nie mam pojęcia. Mijając po drodze chiński pawilon zawsze zastanawiam się, co miał na myśli architekt parkowego krajobrazu wstawiając tu ten obiekt. Nie lubię go. Zupełnie nie moja estetyka. Kojarzy mi się z plastikowymi dekoracjami z taniego sklepu. Idę jednak o zakład, że pod pozłotą tych wszystkich posągów kryją się pewne walory. Może kiedyś dokształcę się i wychwycę ukryte pod skorupką tandety dalekowschodnie symbole.


Ale wracając do samego Nowego Pałacu, bo to do niego zmierzałam na końcu… W tym budynku jest wielkość, moc i potęga. Wyobrażam sobie, jak wielką musiał być dumą króla Fryderyka II Wielkiego. Widać to w jego rozmiarach, detalach, rozmachu. Gmach jest gigantyczny. Będziecie potrzebować niemal godziny, aby obejść go dookoła i choćby tylko pobieżnie zlustrować wszystkie te rzeźby, kopuły i dekoracje. Był to mój ostatni, ale bardzo mocny punkt wycieczki. Ciary mam do dziś, gdy go wspominam. Ech…


Na koniec kilka praktycznych informacji
Odwiedzałam Poczdam samochodem i to głównie dlatego, że za każdym razem planowałam to jako wycieczkę jednodniową. Z powodzeniem jednak można spędzić tam cały weekend, tydzień, albo i cały urlop. Nasz rejon ma doskonałe połączenia z Berlinem. A z kolei Berlin jest dobrze skomunikowany z Poczdamem.
Wszelkie informacje o transporcie miejskim znajdziecie tu:
Jadąc jednak samochodem trzeba się liczyć z płatnym parkowaniem. Nie opłaca się cebulaczyć i porzucać auta gdzie bądź bez kupowania biletu. Zwłaszcza przy Sanssouci i w dzielnicy holenderskiej jest to trudne. Oszczędności są niewielkie, a mandaty mogą być bolesne. Darmowo zaparkowałam jedynie w bocznej uliczce przy Cecilienhof oraz w dzielnicy rosyjskiej. Ceny parkingów: od 1 Euro do 2,5 (w zależności od odległości do głównych obiektów). Fajny wykaz parkingów znalazłam tu:
https://www.parkme.com/pl/map#Sanssouci%20Palace,%20Maulbeerallee,%20Poczdam,%20Niemcy
Z planu wynika, że można parkować za darmo w pobliżu szpitali, choć wydaje mi się to trochę „cześkowe” (za to określenie z góry przepraszam wszystkich Cześków).
Koszt parkingów rekompensuje fakt, że zwiedzanie parków i ogrodów jest zupełnie darmowe. Również wstęp do niektórych obiektów bywa bezpłatny. Mi się udało zajrzeć do przypałacowych oranżerii.
No to tyle… Mam nadzieję, że udało mi się Ciebie zachęcić do wycieczki. Napomknę może jeszcze tylko, że organizując tę podróż przy pewnej pogodzie, gdy gruba kurtka okaże się zbędna, spakujesz się z niewielki miejski plecak Pocomito.
