Szentendre – tęczowy raj po drodze do Budapesztu

Powiedziano mi, że będę mogła wybrać jedno miejsce, w którym będziemy mogli zatrzymać się po drodze do Budapesztu na jakieś 3-4 godziny. Być może znajdzie się odpowiednio długa chwila na odwiedziny, powłóczenie się, rozprostowanie kości, zanim pociśniemy na końcowy odcinek trasy. Już dawno moja głowa tak intensywnie nie pracowała. Bo jak tu wybrać coś tak nagle? Kotłowało tyle pomysłów: Bratysława, Ołomuniec, Budapeszt… Wszystko wydawało się zbyt wielkie na tak krótką pauzę w podróży. Szkoda było rozpoczynać tort, gdy się wie, że nie sposób go skończyć. I nagle miasteczko Szentendre spadło mi z nieba….

Szentendre - ulica kolorowych abażurów

Podobno najbardziej włoskie…

Przeczytałam to zdanie gdzieś na jakimś forum, że do miasteczka warto pojechać, jeśli ktoś odczuwa tęsknotę za Włochami. Bo to podobno najbardziej włoskie – w sensie chyba, że we włoskim stylu – miasteczko na Węgrzech. Potem bliźniacze opinie przeczytałam znowu na kilku kolejnych blogach i forach. Rozprzestrzeniła się ta opinia po Internecie, jak wirus. A ja tu widzę raczej powiązania z naszą Galicją – z Sanokiem, Leskiem, czy Iwoniczem, niż z włoską Sycylią. Oczy mojej wyobraźni umiejscawiały w tych uliczkach bardziej akcję „Przygód Wojaka Szwejka” albo „C.K. Dezerterów”, niż „Cinema Paradiso”.

Szentendre - uliczka i charakterystyczne drewniane wrota bram

Szentendre - boczna uliczka

Polemiki ciąg dalszy

Mówią, że czerwone dachy domów to to, co wywołuje tu w ludziach włoskie skojarzenia. Ten kto tak pisał, nie był chyba nigdy w Cieszynie, ani na krakowskim Kazimierzu.

A kolorowe instalacje? Wiszące lampiony i parasole? Moje skojarzenie na myśl przywodzi mi nasze Leszno. (Mam nadzieję, że już niedługo będę miała okazję je porównać).

Kolorowe parasole w Szentendre

Tęczowe parasole w Szentendre

Ulica kolorowych abażurów Szentendre, Węgry

Wąskie, kręte, pnące się pod górę uliczki? Prawie jak w Przemyślu…

Kręta uliczka w Szentendre

Szentendre, wąska uliczka

Ok, dość tych porównań…

…bo jeszcze gotowi jesteście pomyśleć, że mi się tam nie podobało. A z kolei powiedzieć, że mi się podobało, to jakby nic nie powiedzieć. Byłam zachwycona przytulnością. Miasteczko jest kameralne, z wieloma urzekającymi zaułkami, zakończonymi podwóreczkiem. A w podwóreczku restauracja na kilka stolików, winiarnia, maleńka galeria, sklep z rękodziełem i artystą w trakcie tworzenia.

Życie artystyczne w mieście to coś, czemu poświęcić by można obszerny rozdział. Rozmaitych pracowni jest tu podobno ponad setka. Nie wiem, nie liczyłam, ale snując się uliczkami natrafiamy na nie co parę metrów. Ceramika, tkanina, haft, rzeźbienie w drewnie, patchwork, malarstwo i rysunek, biżuteria – to tylko niektóre w dziedzin, które wyłapały moje oczy. Oprócz tego spotkałam też kilka antykwariatów. Jednak coś, co mnie zatrzymało w tym miejscu na dłużej, była pracownia pewnego farbiarza. Jego ciekawa działalność jest dość mocno sprecyzowana. Trudni się on bowiem barwieniem tkanin tylko w kolorze indygo. Pracownia istnieje w tym miejscu od 1878 r. i sądząc po liczbie gości i klientów, ma się w tym miejscu całkiem nieźle.

Sklep farbiarz z Szentendre

Witryna zakładu farbiarskiego w Szentendre

Muzea i galerie sztuki

Oprócz pracowni rzemieślników, znajdziemy tu też całkiem sporo muzeów i galerii sztuki. W najsłynniejszej można podziwiać słynne w świecie ceramiki węgierskiej rzeźbiarki Margit Kovacs. Jest też muzeum z malarstwem Karolya Ferenczyego – ojca węgierskiego impresjonizmu.

Kto nie czuje się gotowy na konsumowanie sztuki wysokiej, może zakosztować z muzeach mniej wyrafinowanych dziedzin, co nie znaczy, że mniej ciekawych. Ja wdepnęłam do muzeum marcepanu, gdzie można obejrzeć marcepanowe rzeźby. Podobne eksponaty, tyle że zrobione z czekolady widziałam onegdaj w Brukseli. Niesamowite, co można zrobić z tak nietrwałych surowców. Po wyjściu z muzeum koniecznie trzeba zjeść marcepanową słodycz albo napić się marcepanowej kawy.

Aby odetchnąć od upału – przynajmniej mentalnie, można zanurzyć się też w przytulne wnętrza muzeum bożego narodzenia. Obiekt w moim mniemaniu jest bardziej sklepem, niż przybytkiem kultury i ma funkcję tylko i wyłącznie komercyjną. Jednak kto był w podobnym miejscu ( widziałam już takie w Goerlitz), ten wie, jak szybko pobyt w nim teleportuje nas do czasów dzieciństwa.

Muzeum Bożego Narodzenia w Szentendre

Ekspozycja w muzeum Bożego Narodzenia w Szentendre

Kościoły i świątynie

Jest ich tu kilka. Pierwsze kroki w mieście skierowałam do położonej na wzgórzu katolickiej świątyni – kościoła św. Jana Chrzciciela, skąd oglądać można przepiękną panoramę miasta, z tymi wszystkimi czerwonymi dachami. Jednak najwięcej tu spotkałam cerkwi. Mieszka tu do dziś spora mniejszość serska, i to ona wywiera tu dość wyraźny wpływ na miasto, wyrażający się choćby w podwójnym nazewnictwie ulic i obiektów. Niestety cerkiew, w której można podziwiać podobno przecudnej urody ikonostas, była w tym dniu wyłączona ze zwiedzania.

Szentendre - podwójne nazewnictwo ulic i obiektów

Szentendre słynie też z podobno najmniejszej w świecie synagogi. O tym jednak dowiedziałam się post factum. No cóż, następnym razem lepiej się przygotuję.

Co jeszcze koniecznie trzeba zobaczyć w Szentendre?

Zwiedzanie przytulnego centrum w zasadzie można rozpocząć i skończyć w dowolnym miejscu. Nie jest ono szczególnie rozległe. Jeśli by nie odwiedzać muzeów, trzy godziny wystarczą, aby rozsmakować się w klimacie miasteczka, zanurzyć się w chłodnych wnętrzach świątyń i na dodatek najeść się langoszy czy marcepanów. Aby zakupić pamiątkę z pobytu warto wstąpić do któregoś sklepiku z rękodziełem, by wybrać kawałek haftowanej krajki, indygową bluzkę, malowaną chustę lub paprykowe specjały.

Większość najciekawszych obiektów usadowiła się przy kilku połączonych ze sobą dwóch główniejszych ulicach – jedna wije się przez środek starówki, druga to ładnie zagospodarowany naddunajski pasaż. Ulice łączą się kilkoma zaułkami, które skuszą nas do odwiedzin instalacją z kolorowych parasoli, lampionów lub murali.

Szentendre - plac przed kościołem Piotr i Pawła

Szentendre - główny plac z lampionami

Szentendre - uliczka dochodząca do Dunaju

Informacje praktyczne

Dojazd samochodem

Nasza podróż odbywała się samochodem. Zmierzaliśmy na całkowite południe, do terenów przygranicznych z Serbią. Zwiedzanie Szentendre wyszło dość nieplanowanie.

Dojechać do miasteczka można na dwa sposoby: najpierw wjechać do Budapesztu, a potem skierować się 20 km na północ (autostradą nr 11). My jednak zdecydowaliśmy się, jeszcze będąc na Słowacji, odbić w stronę miasta Komarno. Tam też przekroczyliśmy granicę z Węgrami i dalej kontynuowaliśmy jazdę przeuroczą doliną Dunaju po stronie węgierskiej. Ależ to jest olbrzymia rzeka…! Przy okazji przejechaliśmy przez Dunajski Park Narodowy, który był chyba moim największym zaskoczeniem na trasie. Nigdy bym się nie spodziewała, że na Węgrzech są aż tak wysokie góry. Pokonanie tej trasy nie jest być może najszybsze, ale daje okazję na przyjrzenie się, jak wygląda węgierska wieś. A wygląda całkiem ciekawie i na pewno odmiennie od naszych, polskich wsi.

Pociąg z Budapesztu do Szentendre

Szentendre wejście do kolejki

Najlepiej wsiąść w pociąg na stacji Batthyány tér na zachodnim brzegu Dunaju w Budapeszcie. Pociąg jedzie nieco ponad godzinę.

Szczegółowy plan odjazdów oraz kupno biletów można ogarnąć tutaj:

Przystań w Szentendre

Przy nabrzeżu w miasteczku działa przystań. Można się tu dostać ze stolicy promem lub statkiem wycieczkowym. Przykładowe rejsy znalazłam na stronie https://rejsypodunaju.com/, ale tych stron jest wiele więcej. Jest w czym przebierać.

Parkowanie w miasteczku

Cała starówka w zasadzie wyłączona jest z ruchu samochodowego. Pojazd można zostawić na którymś z dużych parkingów lub w bocznej uliczce dochodzącej do centrum. Strefy płatnego parkowania nie są zbyt wyraźnie oznaczone, ale obowiązek uiszczenia opłaty istnieje wszędzie, nawet jeśli nie ma stosownych znaków. Do dyspozycji są dwa rodzaje parkomatów: stare – z możliwością opłaty gotówką lub aplikacją (jeśli ma się zarejestrowaną na Węgrzech kartę sim) oraz nowe (możliwość zapłaty również kartą). Parking kosztował nas około 4 zł za każda godzinę.

No, i to tyle o tej wycieczce. Marzy mi się, aby tam wrócić. Zwłaszcza, że tyle ciekawych rzeczy zauważyłam po drodze. Ciągną mnie te góry, Wyszehrad i Esztergom. Zaciekawiła mnie niesamowicie zabudowa tamtejszych wsi.

Jeśli Ty także czujesz się zaciekawiona, zapraszam Cię do przeczytania moich listów z innych podróży.

Może Ci się spodoba również:

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *