Od razu uprzedzę, że ten wpis to nie jest przewodnik po Morawach Południowych. Nie zawiera kompleksowej wiedzy na temat tego przecudnego regionu. Stanowi jedynie relację ze spontanicznie przeprowadzonej podróży w trakcie majówki któregoś roku. Zawiera opisy tego, co udało mi się zobaczyć w trakcie trzydniowego pobytu. Pojechałam tam głównie po wrażenia wzrokowe. Smakowe i zapachowe doszły przy okazji. Ale o tym poniżej…

Toskańskie pejzaże
Morawy Południowe porównywane są do Toskanii nieprzypadkowo. Zawdzięczają ową koneksję mocno pofałdowanemu terenowi. Gdy pomysł na wyjazd w ten rejon zrodził się w mojej głowie (czyli zaledwie dzień przed wyjazdem), zaczęłam przeglądać internety w poszukiwaniu inspiracji. I wszędzie widziałam piękne pejzaże fotografowane głównie wiosną lub jesienią, po żniwach. Jest to ze wszech miar zrozumiałe, bo ten pofalowany teren najlepiej można podziwiać właśnie wtedy, gdy pola są puste.

Przejeżdżając nieraz tamtędy podczas podróży na południe Europy, moje oczy wyłapały tę ciekawą rzeźbę. Wówczas jednak nie zarejestrowałam, w której części było najpiękniej. Ale z pomocą znowu przyszedł google, który podpowiedział, że koniecznie trzeba brać na azymut miejscowość Kijov. Wykupiłam więc zupełnie niedrogo pokój w prywatnym domu pana Jerzego w miejscowości Komorzany (nocleg dzięki AIRBNB) i dzień później mogłam już się zakwaterować.



Wyruszyłam w czwartek wczesnym rankiem. Droga ze Świdnicy na Morawy nie jest odległa i obliczyłam ją na 3-4 godziny jazdy samochodem. Postanowiłam więc po drodze odwiedzić Brno – miasto przecudnej urody, nawet jeśli zwiedzane odbywało się w deszczu. Jednak wrażeń z niego mam tak wiele, że zostawię to sobie na osobny wpis. Natomiast przed wieczorem, niespiesznie, zatrzymując się w tysiącu punktów po drodze, zbliżałam się do miejsca mojego pobytu.
A zatrzymywałam się tak często, bo to, co opisywały przewodniki, okazało się być zaledwie ubogą wersją tego, co miałam okazję zobaczyć naprawdę. Świeżo przyorane pola lub te, które dopiero zaczęły pokrywać się zielenią ozimych zbóż pięknie podkreślały rzeźbę terenu. Niekończące się fałdy, zakręty, wygibasy… Ech… Cudnie było karmić tym oczy. W pewnym momencie dziękowałam opatrzności, że niebo tego dnia było zachmurzone, bo gdyby do tego wszystkiego było słonecznie, nie wiem, jak udźwignęłabym te emocje.
Jednak następnego dnia słońce się jednak pokazało. Wszystko więc zaczęło wyglądać tak:


Winnice i winne miasteczka
Przed wyjazdem miałam zaledwie jeden dzień na przygotowanie się do tej wycieczki. Nie było więc czasu na wnikliwe wertowanie przewodników, ani układanie szczegółowego planu zwiedzania. Postanowiłam więc, że pozwolę się rozsmakować po prostu w tym, co podsuną mi mijane kilometry. Drugiego dnia pobytu ruszyłam więc znów bladym świtem, zygzakiem od wioski do wioski, od miasteczka do miasteczka. Ten uroczy slalom powiódł mnie przez ciągnące się po horyzont winnice.

A ponieważ z win słynie ten region, postanowiłam, że poszukam i pozaglądam w miejsca, gdzie owe wina są wytwarzane. Po drodze minęłam kilka wiosek i wielkich gospodarstw, przy których gospodarze tych terenów zmyślnie zorganizowali miejsca sprzedaży i degustacji trunków. Małe sklepiki i urokliwe piwniczki zgrupowane w malowniczo wyglądające uliczki zachęcały, aby tam spędzić nie tylko dzień, ale może i całe wakacje. I było tych uliczek po drodze naprawdę sporo. Ale nic, absolutnie nic nie równało się z miejscem, do którego zawitałam dość niespodziewanie, zachęcona ulotką pozostawioną na stacji benzynowej.
Tym miejscem okazał się być Petrov (powiat Hodonin). Do połowy ukryte pod ziemią piwniczki okazały się kryć prawdziwe winne skarby. Do jednej z nich zostałam zaproszona przez starszego pana – właściciela jednej z piwnic. Pokazał mi, jak zbudowane są te budowle. Składają się z kilku przechodnich sal: degustacyjnej z długim stołem biesiadnym, produkcyjnej, zimnej piwnicy i maluteńkiej kapliczki na końcowej ścianie. W sumie kilkanaście metrów chłodnej, pachnącej winem i pleśnią przestrzeni.



Piwniczki stoją wzdłuż kilku wąskich krętych uliczek, a wszystkie uliczki zbiegają się na jednym z dwóch ryneczków. Przy czym terminy „uliczki” i „ryneczki” stosuję umownie, bo cały teren wyłączony jest z ruchu samochodowego. Poruszamy się po nim wyłącznie na piechotę.
Budynki pomalowane są na biało-niebiesko, czyli w kolorach Moraw. Niektóre przyozdobione są kwiatowymi ornamentami, również typowymi dla tych terenów. Gospodarze dbają o to, aby elewacje były odświeżone i zadbane. Ich stan techniczny (oczywiście oceniany niewprawnym okiem budowlanego ignoranta) zachwyca i aż trudno uwierzyć, że niektóre z piwnic liczą sobie po kilkaset lat.



Warto wybrać się do Petrova przy pięknej pogodzie. Gdy będzie się tam odpowiednio wcześnie (ja byłam o dziewiątej rano), zobaczy się miejsce budzące się do życia, bez hałaśliwych tłumów turystów. Gospodarze dopiero otwierają lokale, sprzątają stoły po biesiadowaniu poprzedniego wieczora. To świetna pora na podziwianie tego niezwykle fotogenicznego miejsca, chłonięcie widoków, podziwianie detali. Popołudnia i weekendy pełne są ludzi, ale to wtedy najlepiej jest zasiąść przy jednym ze stołów i degustować. Wtedy też można załapać się na plenerowy koncert organizowany podobno dość często na jednym z ryneczków.
Ja miałam okazję poobserwować przez dłuższą chwilę tańce i popisy morawskich grup artystycznych w miejscu mojego zakwaterowania.

Zamki i pałace
Podobnie jak Dolny Śląsk, a zwłaszcza okolice Jeleniej Góry, z zamków i pałaców słyną też Morawy Południowe. I tu znów musze uprzedzić, że moja spontaniczność w organizacji tej podróży okazała się nieco zgubna. Nie udało mi się zaplanować zwiedzania wnętrz żadnego z zamków ani pałaców. A minęłam ich po drodze kilka. Przy niektórych się jednak za trzymałam, skuszona niecodzienną bryłą lub urokliwym klimatem bezpośredniego otoczenia.
Pierwszym był pałac w Lednicach – neogotycki kolos, w niektórych detalach bardzo przypominający wrocławski dworzec główny. I bez wchodzenia do środka jest tam co robić kilka ładnych godzin. Rozległy park i pięknie urządzona palmiarnia dostarczą wizualnych wrażeń aż nadto.

Kolejnym miejscem, które mnie skutecznie zatrzymało na dłuższy czas był Mikulov. To przygraniczne miasteczko zupełnie nie było w planach, ale ponieważ po wielogodzinnej przejażdżce zrobiłam się nieco głodna, postanowiłam poszukać w mieście jakiejś przytulnej restauracyjki. I Mikulov znów nadawałby się na osobny wpis, bo rozpisywanie się w szczegółach o tym, co dane mi tu było zobaczyć, zajęłoby ponownie wiele akapitów.
Krótko podsumuję jednak spędzone tam popołudnie i wieczór: warto wdrapać się na wapienne wzgórze z czterema kaplicami (Svatý kopeček). Podejście jest mordercze, przynajmniej tą drogą, którą ja sobie obrałam, ale zarówno samo miejsce, jak i panorama rozpościerająca się stamtąd warta jest każdego wysiłku. Tuż przed wieczorem udało mi się również zobaczyć imponujący zamek o barokowym wystroju i pięknym dziedzińcu. Tu miałam smaka na odwiedzenie zamkowej biblioteki, ale na tę atrakcję było już jednak zbyt późno. Nie martwię się tym jednak, bo właśnie dzięki temu narodził się powód, aby wrócić tam raz jeszcze.

Podsumowując:
Wszystkie opisane atrakcje obejrzałam bezpłatnie. Dotarłam do nich bez większych planów, przejeżdżając po prostu samochodem po okolicy. W sumie przez cały weekend pokonałam około 200 km (nie wliczając dojazdu z domu do Moraw i z powrotem). W niemalże z każdym miejscu sprawdzała się zasada: im wcześniej wyruszysz, tym więcej zobaczysz i tym mniej tłumów napotkasz na drodze.
Morawskie wina – aczkolwiek popularne i łatwo dostępne również w naszych sklepach, najlepiej smakują tam, na miejscu. Ja miałam to szczęście, że zostałam zaproszona do degustacji w piwniczce w Petrovie, tam też kupiłam większy zapas butelek na potem. Więcej wina miałam okazję posmakować również codziennie wieczorem, uraczona przez mojego gospodarza, pana Jerzego.
Tą wycieczką absolutnie nie wyczerpałam tematu Moraw Południowych. Jedynie się rozsmakowałam i teraz już wiem, po co i na jaki czas chciałabym tam wrócić. Będę mała okazję zobaczyć dokładniej to, co zaledwie ogarnęłam wzrokiem.
Jeśli masz ochotę wybrać się w ten rejon, rozpatrz dogodne terminy:
wiosna – przecudne pejzaże,
jesień – przecudne pejzaże i winobranie,
Przed wyjazdem jednak zajrzyj do sklepu i wybierz dla siebie plecak.
