Przez chwilę zastanawiałam się, czy warto wiosną zachęcać Was do podróży w określone miejsca, posługując się zdjęciami z jesiennych plenerów. Pomyślałam sobie jednak, że miejsce, które zrobiło na mnie tak wielkie wrażenie, wprawdzie jest znane z niesamowitej budowli i ciekawych formacji skalnych, ale to również park rododendronów. Gdyby więc komuś przyszło na myśl, że warto pojechać tam teraz, to jest na to odpowiedni moment, bo właśnie w ciągu tego i kilku następnych tygodni kwitnie tam wszystko pięknie i obficie.

Rakotzbrücke
Rakotzbrücke, czyli Diabelski Most to piesza kładka rozpostarta nad małym jeziorkiem ukrytym w parku rododendronów w Kromlau. Miejscowość leży tuż za naszą granicą z Niemcami. Najdogodniej przekroczyć się ją w Łęknicy, znanej wszystkim, którzy zwiedzali Park Mużakowski. Sam park leży zresztą w obrębie Łuku Mużakowa – ciekawej formy geologicznej, do której zabiorę Was w osobnym wpisie. Z tego powodu teren w okolicy jest ciekawie pofałdowany, pełen uskoków i drobnych stawów, jeziorek i malowniczych przełomów rzecznych. Do Kromlau z Łęknicy jest zaledwie 11 km i warto tę trasę pokonać rowerem, aby móc całe to dobrodziejstwo geograficzne i krajobrazowe pokosztować. W Łęknicy istnieje wypożyczalnia rowerów, gdzie za 40 zł weźmiecie rower na cały dzień. (W najwyższym sezonie rower trzeba zarezerwować z wyprzedzeniem)
Z resztą rowery można wypożyczyć również po stronie niemieckiej. Tuż przy wejściu do parku, zaraz obok wielkiego parkingu też jest stanowisko, gdzie firma oferuje rowery, tandemy i wózki terenowe dla dzieci. Nie wiem jednak, czy jest sens brać rower bezpośrednio przed wejściem do atrakcji, bo teren nie jest szczególnie rozległy, a na drodze napotkamy różne przeszkody, schodki i podesty, po których jazda może być trudna.

Nie sposób się w parku zgubić i w mig spostrzeżecie się, że większość alejek prowadzi właśnie do mostu. Został on wybudowany w 1860 r. z miejscowych kamieni w formie półkola, tak aby łącznie z odbiciem w lustrze wody tworzył niemalże idealny okrąg. Niedawno most przeszedł gruntowny remont i od tego czasu nie można na niego wchodzić. Zresztą nie jestem pewna, czy można to było robić wcześniej. Widziałam jednak pare lat temu wiele ujęć tej kładki z ludźmi na szczycie, które to zdjęcia obecnie wyparowały z zasobów google. Dziwne… Znaczy dziwne, że wyparowały zdjęcia, a nie, że nie można wchodzić na most, bo to akurat pochwalam.
Mostowi towarzyszą formacje skalne, które do złudzenia przypominają bazaltowe organy. Jest to tak udana mistyfikacja, iż sama uległam złudzeniu, że są prawdziwe. Co by nie było, cały zespół kamiennych budowli i wody składa się na romantyczny, malowniczy i niezwykle fotogeniczny obrazek. Budowlę można oglądać z co najmniej trzech perspektyw i z każdej z nich wygląda równie atrakcyjnie. Nie trzeba mieć więc parcia, że należy przy moście zjawić się o określonej godzinie, bo w pozostałych godzinach słońce nie będzie współgrać. Trzeba jedynie wziąć pod uwagę, że w pewnych porach dnia i w weekendy robi się w okolicy trochę tłocznie.

Zostawiając Rakotzbrücke za plecami, można wybrać się na niemęczący spacer do innych części parku – z częścią starych rododendronów, alejkami różaneczników. Albo na dębową górkę, z której rozpościera się cudna perspektywa, choć sama górka, to raczej góreczka niż poważne wzniesienie. W całym parku spotkacie jeszcze kilka ciekawych skupisk tych niby-to-bazaltów, oczek wodnych, interesujących drzew i krzewów. Oznaczenia na szlaku są w językach niemieckim i polskim, co jest dla nas raczej miłe.
Park zwiedza się bezpłatnie, płatny jest jedynie parking (jeśli dobrze pamiętam – w cenie 2-3 euro za godzinę). Na parkingu można parkować również kamperami.
Zaś same Kromlau to niewielka wioseczka – zaledwie kilka domów, restauracja i cmentarz. Na uwagę zasługuje niewielki pałacyk i dom kawalera – wybudowany na wzór szwajcarskich dworków budynek, w którym mieści się obecnie biuro podróży.
Budziszyn / Bautzen

Budziszyn, czyli Bautzen, wyszedł w moim planie wycieczki zupełnie nieplanowanie. Byłam przekonana, że dotarcie do Diabelskiego Mostu i obecność w parku zajmie mi wiele godzin. Ale nie! O dwunastej byłam już po wszystkim. Szkoda było wracać tak wcześnie do domu. Postanowiłam więc sprawdzić odległość do kolejnej atrakcji z listy moich podróżniczych marzeń, co do której wiedziałam, że jest niedaleko. Napiszę o niej w ostatnim punkcie, bo wcześniej, po drodze, przytrafił się właśnie Budziszyn.

W tym pięknym mieście musiałam być już wcześniej – cały czas miałam takie nieodparte wrażenie. Rozpoznawałam uliczki i konkretne kamienice. Dziwne było to uczucie… Tak czy owak, postanowiłam, że skoro dzień jest taki piękny, to czemu by nie zobaczyć starówki miasta, które tak ważne jest dla naszej historii.


Mogłabym wyliczać momenty, w którym zatrzymałam się i wzdychałam ze słowami: „matko, jak tu pięknie”. Urzekły mnie panorama miasta widziana z mostu na rzece, kręte uliczki prowadzące do zamku, wieże będące częścią dawnych umocnień. Miasto leżało kiedyś (w X wieku) w granicach Polski, następnie przechodziło z rąk do rąk – należało do Monarchii Miśnienskiej, Czech, Węgier, ostatecznie pozostając w granicach Niemiec. Władcy tych ziem zmieniali się jak w kalejdoskopie. Mimo to słowiańskość tych ziem jest dość mocno wyczuwalna. Łużycki język obecny jest na tablicach informacyjnych, epitafiach na starych cmentarzach oraz tu i ówdzie na napisach na kamieniach i drogowskazach.




Ciekawą gratką podczas pobytu w mieście jest odwiedzenie tamtejszej katedry – kościoła św. Piotra, który jest kościołem symultanicznym, to znaczy takim, w którym na równych prawach obcują jednocześnie dwie religie (katolicka i ewangelicka). Wewnątrz istnieje wyraźny podział przestrzeni (oddzielony płotkiem). osobne są ołtarze, osobne organy. Msze katolickie i ewangelickie odbywają się o różnych godzinach. I tak było od czasów reformacji, za wyjątkiem niechlubnej wojny trzydziestoletniej.


A po odwiedzeniu Budziszyna nadszedł czas na finalną, a jednocześnie najmocniejszą część programu, a była nim…
Wieża w Löbau
czyli jedyna w Europie, w całości wykonana z żeliwa wieża widokowa.

Na Löbauer Berg, czyli wzniesienie wyraźnie górujące nad miasteczkiem Löbau miałam ochotę wspiąć się podczas mojej rowerowej wycieczki po górnych Łużycach, jaką odbyłam chyba ze cztery lata temu. Ta część Łużyc jest jednak dość mocno pofałdowana i tego dnia miałam już wiele kilometrów w pedałach, więc na kolejne przewyższenie nie wykrzesałam już siły. Ale temat nie uciekł i objawił się ponownie tego jesiennego, pięknego dnia.
Na górę do pewnej wysokości możemy wjechać autem. Należy kierować się spiralną drogą z nawierzchnią z miejscami naprawdę podłego asfaltu. I choć uda nam się parę razy zwątpić, czy aby na pewno powinniśmy kontynuować jazdę, to trzeba piąć się dalej. W pewnym momencie po lewej stronie drogi zobaczymy leśny parking z szutrową nawierzchnią. To końcowa stacja. Dalej trzeba iść pieszo, ale wycieczka nie jest szczególnie wymagająca. Do pokonania pozostaje raptem kilkaset metrów, pod przejściu których, już na szczycie, zobaczymy królową. I na chwilę zabraknie nam tchu. Mi zabrakło. Z zachwytu, oczywiście, nie z zadyszki.
Aby wejść na wieżę, do automatycznej bramki, jaką można spotkać w niemieckich toaletach i czeskich kościołach, musimy wrzucić dwa euro. Moje dwa euro zostało zjedzone przez maszynę, więc musiałam dokonać partyzanckiego wejścia pod barierką. Ale udało się. Miałam świadków, że moneta poszła się paść, więc nie goniły mnie hordy obcych wywiadowców.


Budowla jest wysoka na 28 metrów i aby dostać się na najwyższy pokład widokowy, trzeba pokonać 118 stopni. Normalnie człowiek byłby się zmachał przy takiej ilości stopni, ale wieża jest tak piękna, że po pierwsze nasza uwaga rozprasza się bardzo intensywnie, po drugie pośrednie platformy dają okazję na złapanie oddechu i przyjrzenie się okolicy.

Bogactwo ornamentów, dla których inspiracją był gotyk i styl bizantyjski, zachwyca i przytłacza jednocześnie. Nie wiadomo, czy bardziej skupiać się na ich urodzie, czy na precyzji wykonania. Wieża wydaje się stabilna, zupełnie pozbawiona jest tego ledwo wyczuwalnego drgania, tak charakterystycznego dla wież drewnianych, gdy wspina się na nie kilka osób. Jest tak pewnie za sprawą solidnie i głęboko (na osiem metrów w głąb skały) umocowanej podwaliny tej całej konstrukcji.


Zbudowano ją w 1854 na cześć saksońskiego króla Fryderyka Augusta II, którego wizerunek i imię widnieje na jednej z pamiątkowych tablic w poziomie parteru. Budowlę odrestaurowano w 1994 r, rozkładając ją ponownie na pojedyncze elementy. Prawie trzydzieści lat po tym zabiegu wieża wciąż wygląda witalnie.
I miejsce to, jak i samo miasteczko Löbau naprawdę warto odwiedzić.

Ale zanim pojedziecie na tę wycieczkę, zapraszam Was do odwiedzin w sklepie, bo przyda Wam się niewielki plecak.

[…] Mój spacer po wieży w Loebau […]
[…] Diabelski most w Kromlau […]
[…] w Löbau, a to Diabelski Most w Kromlau (obydwie atrakcje opisywałam już tutaj). To znowu Park Mużakowski, czy przepiękne Gorlitz. O Obbercunnersdorf […]