Właśne minął miesiąc odkąd zaczęłam publikować posty na tym blogu i chyba najwyższa pora, aby zaproponować Wam jakiś pomysł na przejażdżkę rowerową. Przejrzałam swoje zdjęciowe archiwum, aby podejrzeć, jakie trasy zrobiłam w maju w ciągu ostatnich lat i stwierdziłam, że mam w czym przebierać, bo było tego całkiem sporo. Jednak ta, na trasie której znalazły się i Legnica, i Lubiąż, a także Środa Śląska, należała do najpiękniejszych.

Pociągiem do Legnicy
W sobotę wieczorem przesiałam rozkład jazdy PKP pod kątem możliwości przetransportowania mojego roweru bezpośrednio ze Świdnicy do Legnicy. Znalazłam pociąg bez przesiadek, startujący o szóstej z minutami, i w ciągu półtorej godziny znalazłam się na miejscu. Pięknie było zacząć poranek przy pustych jeszcze o tej porze ulicach miasta. Przypięłam rower do latarni w pobliżu katedry i ruszyłam na oglądanie starówki.

Gdy ma się cały słoneczny dzień przed sobą, można sobie pozwolić na powolne snucie się wzdłuż uliczek, zaglądanie w zabytkowe dziedzińce i podwórka. Ponieważ pora była wczesna, nie miałam co liczyć na zwiedzanie obiektów wewnątrz. Zresztą nie taki był cel tej wycieczki. Weszłam jedynie do środka gotyckiej katedry św. Piotra i Pawła, dla której główne organy zbudowała firma Schlag & Söhne ze Świdnicy – ta sama, która skonstruowała organy w naszym Kościele Pokoju. Odwiedziłam również barokowy kościół św. Jana Chrzciciela – naprawdę imponujący – jednak w nim ludzie właśnie zaczęli gromadzić się na poranne nabożeństwo, więc trzeba było się stleniać.
Pospacerowałam więc odrobinę po rynku. Obejrzałam schody teatru, na którym kręcono sceny do filmy „Mała Moskwa”. Dałam się zachwycić zabytkowej, bogato zdobionej elewacji Kamienicy pod Przepiórczym Koszem oraz współczesnej mozaice przedstawiającej wizerunek Kopernika z ciałami niebieskimi.



Następnie skierowałam swoje kroki w stronę zamku. Nie miałam złudzeń co do tego, że zamek będzie czynny dla zwiedzających o tej porze. Chciałam po prostu zobaczyć jego bryłę i być może dziedziniec. Po drodze jednak znalazłam ciekawostkę – miejsce, gdzie uruchomiono pierwsze kino na „ziemiach odzyskanych” (ul. Skarbowa).

Z Legnicy w kierunku Prochowic
Trasa się jeszcze na dobre nie rozpoczęła, a ja miałam już w nogach kilka ładnych kilometrów. Powoli więc ruszyłam w kierunku Odry. Minęłam Urząd Celny i przez piękne, spokojne i świetliste lasy po północnej stronie miasta zaczęłam posuwać się do przodu. Prochowice to pierwsza większa miejscowość, jaka napotkałam na trasie. Zatrzymałam się tu na lody, a w małym sklepiku uzupełniłam bidony o nowe zapasy picia. Obeszłam malowniczy ryneczek i podjechałam pod zamek. Niestety obiekt należy do osób prywatnych i nie dało się go zwiedzać. Jednak bryła budynku naprawdę zachwyciła. Zamek położony jest w ładnie zaaranżowanym parku, w otoczeniu starodrzewu, co dało chwilę wytchnienia od słońca.

Przez Odrę do Lubiąża
Lubiąż miał być najmocniejszym punktem programu tej wycieczki. To na nim miałam skupić całą swoją uwagę. Do klasztoru udało mi się dotrzeć przed 13-tą.
Opactwo cysterskie jest drugim co do wielkości obiektem sakralnym w Europie. Wyprzedza go jedynie klasztor Eskurial w Hiszpanii. Ciągnęło mnie do tego miejsca już dawno – w zasadzie od chwili, gdy zmuszona reorganizacją drogi do zmiany trasy wiodącej nad morze, zobaczyłam obiekt z ulicy. Wydawał mi się wtedy monstrualny i takiż okazał się w istocie.
Przymocowałam rower do jakiegoś żelastwa w bramie głównej klasztoru, oczyściłam z błota buty resztką wody mineralnej i wykupiłam za 25 zł bilet umożliwiający mi zwiedzanie wnętrz. Po pół godzinie oczekiwania, wraz z grupą turystów, ruszyłam na oglądanie klasztornych komnat i korytarzy.
Pierwszym miejscem, do którego wprowadził nas przewodnik, była Sala Książęca. Bogactwo zdobień, sztukaterii, marmurowych rzeźb przyprawił wszystkich o zawrót głowy. Jednak tym, co przykuwało uwagę najskuteczniej, było wielkie malowidło sufitowe, które okazało się być cyklem dziesięciu olejnych obrazów podwieszonych jeden obok drugiego.

Jeszcze nie zdążyłam ochłonąć po tych wrażeniach, a już przewodnik prowadził nas w kierunku refektarza – czyli rodzaju klasztornej stołówki. I z tego miejsca trudno mi było ocenić, które z tych pomieszczeń jest piękniejsze.


Gdyby nie to, że przewodnik ponaglał, bo już deptała nam po piętach kolejna wycieczka, mogłabym tam stać i „czytać” te malowidła całą wieczność. Na szczęście dalsza część opactwa również potrafiła nieźle wciągnąć. Spodobał mi się klimat plątaniny korytarzy i zaniedbane pomieszczenia mnichów. Smutno zrobiło się jedynie w klasztornym kościele, w którym mieściły się krypty książąt piastowskich, których szczątki okrutnie potraktowali stacjonujący tu zaraz po wojnie radzieccy żołnierze. Ich upodobanie do niszczenia wszystkiego, co im podeszło pod ręce, jest przytłaczające. W owym czasie szerzono tu pogłoski, jakoby miano ukryć w klasztorze złoto wywiezione z Wrocławia (przed oblężeniem Festung Breslau). Śladów po próbach odnajdywania tego skarbu można było znaleźć w salach, korytarzach i piwnicach całkiem sporo.




Przystanek: Środa Śląska
Początkowy plan zakładał, że wrócę rowerem aż do samej Świdnicy. Na tym etapie wiedziałam już jednak, że siły mi na to nie pozwolą. Zweryfikowałam więc mapę i podjęłam decyzję: czas na dłuższy przystanek w Środzie Śląskiej. To urocze, niewielkie miasteczko skutecznie pochłonęło mnie na pełniutkie dwie godziny. W maleńkim barze na rynku kupiłam obleśnego fastfooda i ruszyłam oglądać główne atrakcje. Zobaczyłam wierzę obronną i otoczenie kościoła. Zachwyciłam się też gotyckimi kamieniczkami. Na zwiedzenie muzeum skarbu średzkiego zwyczajnie zabrakło czasu, choć miałam na to naprawdę olbrzymią ochotę.




Zaczęło się jednak robić już późno, więc trzeba było kierować rower do dworca w Kątach Wrocławskich. Również kondycja tego dnia wskazywała już rezerwę. Na oparach siły dotarłam na peron. Spotkało mnie tu jednak niemiłe zaskoczenie. Konduktor nie wpuścił mnie z rowerem do pociągu – podobno przestrzeń rowerowa zajęta została przez mamy z wózkami. Na kolejny pociąg czekałam kolejną godzinę. To pierwsze w moim życiu niemiłe doświadczenie z Kolejami Dolnośląskimi. Pokazało mi to jednak, że nie należy ślepo bazować na własnych oczekiwaniach.
Podsumowując:
- Mapa pokazała, że pokonana trasa powinna mieć 72 km. Mapa jednak nie zaliczyła rundki po Legnicy czy wokół klasztoru w Lubiążu, nie uwzględniła też odcinków pieszych, gdy to rower stał przypięty do latarni, krat i innych elementów. W efekcie więc tego dnia zrobiłam w sumie 97 km. Sporo!
- Podczas jednodniowej przejażdżki z podobnym dystansem warto przyjąć jedynie jedno miejsce, które jesteśmy w stanie zwiedzić dokładniej. Wszystkie pozostałe zobaczy się jedynie „po łebkach”, ale to i tak świetny pretekst, aby taką wycieczkę zorganizować.
- Przed wyjazdem warto sprawdzić przewyższenia, jakie czekają nas na trasie. W tym przypadku łączna wartość przewyższeń oscylowała około 160 m, co mówi, że trasa jest płaska i teoretycznie niezbyt męcząca. Dystans jednak i tak dał do pieca…
- Przy planowaniu podróży Kolejami Dolnośląskimi będę miała na uwadze, że pociąg może mnie nie zabrać. Przeszukałam fora w sieci oraz zadzwoniłam na infolinię kolei i dowiedziałam się, że wcześniejsze kupno biletu dla siebie i dla roweru niestety nie gwarantuje tego, że się danym kursem zabierzemy. Warto mieć więc rezerwowy późniejsze połączenie w perspektywie.
Jeśli ciekawią Cię inne opowieści rowerowe, zapraszam do lektury tu:

Czytając artykuły tego bloga, przemierzam jak tajemniczy labirynt myśli, a autor jest jak doświadczony przewodnik, który pokazuje mi drogę przez zawiłości tematu, kierując uwagę na najważniejsze aspekty.
Dziękuję 🙂
Pouczająca lektura! Doceniam szczegółowość i dokładność. Szkoda tylko, że niektóre fragmenty są zbyt techniczne dla laików. Mimo to, świetne źródło wiedzy!
Dziękuję za cenne uwagi, Przeczytam swój własny tekst jeszcze raz pod ich kątem. I wezmę je sobie do serca na przyszłość. 🙂
Czytanie Twojego wpisu to jak podróż po malowniczym krajobrazie myśli – pełnym barw, głębi i światła! Jeśli kiedykolwiek zdecydujesz się wydać książkę, na pewno znajdziesz rzeszę wiernych czytelników!
Bardzo dziękuję za miłe słowa. To motywujące 🙂